Marzenia..
Bruno stanął przed budynkiem wyglądającym jak dziesiątki innych budynków przy tej ulicy, jednak widok ten napawał go swoistą radością. Uczuciem jakiego dawno już nie czuł i w które powoli zaczynał powątpiewać. Dorosły mężczyzna z rozbieganymi oczami, śmiejącymi się policzkami i wydatnie podniesionym czołem przypominał dziecko cieszące się na widok nowej zabawki. Patrząc z boku, zdecydowanie odbiegał wyglądem od przesuwających się po ulicy przechodniów.
Już po raz któryś z kolei, kiedy znajdował się w tym miejscu o
tej porze dnia, rytualnie rozglądał się dookoła. Za każdym razem z ciekawością
tak samo dużą jakby robił to pierwszy raz. Chłonął wszystko, co tylko jego oczy
były w stanie pomieścić. Obowiązkowo zatrzymywał wzrok na rzeczach mało lub
wcale nieistotnych. Budce z lodami, kobiecie sprzedającej gazety, przydrożnej
kawiarni. W końcu zaczynało do niego docierać, że ten budynek, ta ulica i
ludzie na niej mieszkający od tej pory staną się częścią jego dalszego
życia. Była to jedna z wygodniejszych myśli, jakie ostatnimi czasy chodziły mu
po głowie.
Zwykle zwiedzanie okolicy zajmowało mu kilka minut,
po czym za każdym razem tak samo odkrywczo uświadamiał sobie, że marnuje czas,
i żeby choć trochę nadrobić swoje rozkojarzenie, pędził do biura ze zdwojoną
prędkością, zyskując w ten sposób jakieś dwie minuty. Jeszcze tylko na sekundę
przystawał otwierając drzwi i z pamięci półgłosem recytował wygrawerowany napis
„Kancelaria adwokacka, Bruno Lozz”. Ta mała tabliczka sprawiała mu przeciw proporcjonalnie dużo radości.
Bruno coraz pewniejszym krokiem wkraczał na drogę, którą kilka
lat wcześniej w swojej głowie ambitnie określił mianem marzeń. Miał teraz prawo
lub nawet obowiązek do odczuwania zwykłej radości, nie odmawiał sobie tego
uczucia. Dawkował je dzień po dniu, z taką samą intensywnością.
Na tamtą chwilę nie brakowało mu ani ciekawości, ani ambicji, w
swojej postawie miał wszelkie atuty, żeby odnieść sukces w świecie, do którego
wkraczał. Tylko czas miał pokazać, czy będzie potrafił je wykorzystać. Czy
pokłady wiary i energii, znajdą pokrycie w rzeczywistości, kiedy słowo „nowe” zamieni
się w spowszedniałą codzienność lub pójdzie krok dalej, do przeszłości bez
znaczenia.
Droga, którą przeszedł, żeby znaleźć się w tym miejscu
nie była ani prosta, ani krótka, ani nawet za bardzo przyjemna. Nie była też
tak naprawdę jego wyborem, ale doprowadziła go na tę właśnie ulicę, do tej
właśnie kancelarii po to, żeby wiódł właśnie takie życie. Uznał, że tak właśnie
miało być. Zaczynał rozdział, gdzie zmaterializować się miało to do czego wielu
dąży całe życie, a nielicznym jest dane doświadczyć. Jego marzenia zaczynały
żyć życiem realnym, a to już wiele, żeby być szczęśliwym człowiekiem. Nie
przewidział tylko, że czasami życie wie lepiej co jest człowiekowi potrzebne do
szczęścia.
Szarpnął za klamkę impulsywnie i energicznie. Zamyślona Nadia
podskoczyła.
- Bruno! – skarciła go – Kiedyś dostanę przez ciebie zawału!
– udawała złość – Zobaczysz! Chyba nawet nie długo – złapała się za serce.
- Przepraszam kochanie – zrobił skruszoną minę – Muszę jakoś
rozładowywać nadmiar energii – razem z niewinnym uśmiechem jego lewa brew
wydatnie powędrowała do góry. Słowo „kochanie” nie miało tu większego
znaczenia. Właściwie nie miało żadnego. Stanowiło jedynie jego nawyk i formę
zwrotu grzecznościowego, którym czasami posługiwał się w kontaktach z kobietami,
niezależnie od tego jaką rolę w jego życiu pełniły. Dla Nadii, która od dziecka
podkochiwała się w starszym sąsiedzie, takie słowo, chcąc nie chcąc, nie mogło
pozostać obojętne. Mimo woli poczerwieniała, spuściła wzrok, udała
zaabsorbowanie stertą leżącej na biurku porannej poczty i szybko zmieniła temat.
- Czeka cię pracowity dzień, właśnie dzwonił pan Hord, przełożył
spotkanie. Będzie o dziesiątej. Wszystkie informacje, jakie udało mi się
znaleźć na jego temat, leżą na twoim biurku, obok dzisiejszej prasy. Za chwilę
przyniosę kawę – wyrecytowała ze wzrokiem wbitym w blat biurka, tak jakby
czytanie adresów nadawców korespondencji było najbardziej pasjonującą lekturą,
jaką kiedykolwiek miała w rękach.
Kancelaria funkcjonowała od dwóch tygodni. Od dwóch
tygodni Nadia czerwieniała za każdym razem, kiedy Bruno przekraczał próg biura.
Od dwóch tygodni patrzyła na jego entuzjazm. Od dwóch tygodni starała się
pokazać, że jej zatrudnienie było najlepszym z możliwych wyborów. Co więcej,
starała się pokazać, że bez niej Bruno sobie nie poradzi. Miała ułatwione
zadanie, jego brak doświadczenia, był jej największym atutem.
Bruno z kolei zatrudniając Nadię, kierował się przede wszystkim
zdaniem rodziców, całą wiedzę na jej temat stanowiła ich relacja. On potrzebował
sekretarki, ona potrzebowała pracy.
Podobno zaraz po skończeniu szkoły średniej przyjechała do
Zarmen i zaczęła utrzymywać się samodzielnie. Podobno bez większych sukcesów w
tej materii. Bez wykształcenia mogła liczyć tylko na pracę dorywczą w
miejscowych barach. Podobno na przestrzeni kilku lat poznała ich dziesiątki i podobno
żyła z dnia na dzień, oszczędzając praktycznie każdego zarobionego hinga. Wolność
której tak chciała przyniosła jej też w pakiecie pełną samodzielność. Sprostać tej
samodzielności było znacznie trudniej, niż początkowo sądziła. Podobno. Taką
relację z jej ust usłyszał Bruno w momencie kiedy ją zatrudniał. Niezależnie od
tego jaka była prawda, propozycja pracy ucieszyła ją bardzo. Miała tylko
odpowiadać za papierkową robotę, odbierać telefony, umawiać spotkania z
klientami i od czasu do czasu podlewać kwiatki, czyli robić to wszystko, co miliony
sekretarek na świecie. Jej radość z propozycji Bruna wydawała się tysiąc razy
większa od wagi tych obowiązków. Miała wynikać przede wszystkim z jej
nieciekawego położenia w ówczesnym czasie oraz wiary w to, że w końcu los
zaczyna się do niej uśmiechać. Taką tezę mu podsunęła, taką tezę więc przyswoił.
W rzeczywistości prawda była znacznie bliższa tej czerwieni, którą się pokrywała,
za każdym razem kiedy z jego ust padało skierowane do niej „kochanie”.
Fakt faktem, pracownik znalazł się właściwe sam. Bruna cieszyła świadomość
współpracy z kimś kogo zna, tym samym z kimś komu będzie mógł w pełni zaufać.
Mimo małego jeszcze doświadczenia, wiedział, że o to w tym świecie nie jest
łatwo.
U Nadii szybko dało się zauważyć zachowania
odbiegające od założeń jakie miał w głowie Bruno. Nie pracowała od do, nie
wykonywała jedynie dyspozycji, nie traktowała zajęć sekretarki tylko jako pracy.
Dawała z siebie znacznie więcej niż to było konieczne. Ambicje i profesjonalizm
połączone z inicjatywą, której nikt od niej nie wymagał były tak duże, że aż zaskakujące
i lekko dezorientujące. Kłóciły się zdecydowanie z obrazkiem, który
przedstawiała swoim wyglądem. Niemalże rudy, wypłowiały kolor włosów, delikatne
rysy twarzy współgrające z miękką barwą głosu i delikatnością ruchów stawały na
wprost charyzmy, rzeczowości i zdecydowania. Czasami tylko przez jej zachowanie
przebijała się subtelna kobieca natura, częściej jednak ustępując miejsca
silnej stronie jej osobowości, skłaniając tym faktem Bruna prawie że do
wyrzutów sumienia. Miał poczucie, że za jego sprawą marnuje się na tym
stanowisku, starał się zmniejszyć jej zaangażowanie, wyznaczyć wyraźną granicę
jej zadań i tak samo wyraźną granicę relacji między nimi. Wszystko to jednak robił
mało skutecznie.
Siłą rzeczy od zaskoczenia,
dezorientacji i pewnych wątpliwości, jakie wzbudzało w nim zachowanie Nadii
przeszedł do stanu najbardziej neutralnego, akceptacji. Było mu najzwyczajniej
w świecie wygodnie. Nadia po prostu zawsze była, kiedy czegoś potrzebował i
kiedy nie potrzebował, znała odpowiedzi zanim on zdążył zadać pytania. W ciągu
kilku kolejnych miesięcy, niezauważalnie dla siebie, przyjął taki stan rzeczy
za naturalny. Trudno się temu dziwić, człowiek szybko przywyka do tego, co
ułatwia mu życie.
Samoistnie, nie pytając o zdanie, powoli,
ale skutecznie zmieniła powierzoną jej w kancelarii funkcję. Z typowej sekretarki
stała się prawą ręką Bruna, przez co on przestał wyobrażać sobie pracę bez
niej, ona z kolei nie mogła wyobrazić sobie swojego życia bez niego. Korzyści
ze współpracy mieli więc obopólne.
Komentarze
Prześlij komentarz