Spotkanie z Nataszą Ollgier
- Bruno jest za piętnaście dwunasta! – Nadia niemalże
wtargnęła do gabinetu, jak zwykle bez pukania, wyrywając Bruna z zamyślenia.
- Spotkanie, Natasza Ollgier, 12.00, Vax – wymieniała prawie jak
automat – Gdzie jest twój notes? – zmarszczyła brwi. Wymawiane przez nią słowa
docierały do niego w zwolnionym tempie, chwilę zajęło mu uświadomienie sobie kim
jest Natasza Ollgier i co znaczy Vax.
- Zapisałam tę informację drukowanymi literami – wyartykułowała
słowo „drukowanymi” – to jest twoja pierwsza ważna sprawa – jej wzrok niemalże
przeszywał na wylot, wyglądała na bardziej podekscytowaną od niego. „Pierwsza
ważna”, te słowa dotarły do niego zdecydowanie szybciej, Nadia zupełnie nieświadomie
poprawiła mu humor. Pierwszego klienta mieć już nie będzie, ale pierwszą ważną
sprawę owszem. Spodobała mu się ta myśl. Jak widać wszystko w życiu zależy od
perspektywy, którą przyjmiemy. Uśmiechnął się pod nosem, upadek jaki przeżywał
przed chwilą, teraz stał się mniej bolesny.
- Cholera – zreflektował się.
- No, właśnie – podsumowała – na biurku, przed tobą.., Bruno –
pokręciła głową wskazując notes leżący dokładnie w miejscu, w którym go
położyła.
- Co ja bym bez ciebie zrobił? – przepraszający wzrok i uśmiech
na jego twarzy spowodowały, że Nadię przeszedł lekki dreszcz.
- Nie mam pojęcia – odwzajemniła uśmiech, w duchu licząc, że te
słowa naprawdę coś znaczą.
Bruno, mimo różnych wątpliwości jakie miewał w swoim
życiu, nie tylko odnośnie spraw zawodowych, urodził się z dużym poczuciem ambicji, za
którym szły tak samo duże chęci do pracy. Jako jeden z najlepszych studentów na
roku posiadał bardzo dobre przygotowanie merytoryczne. Maił solidne podstawy,
żeby zostać dobrym, a nawet wybitnym adwokatem. Nie raz słyszał zapewnienia na
ten temat z ust Barowa, wykładowcy, który był dla niego absolutnym autorytetem.
Miał coś jeszcze,
coś co te wątpliwości od czasu do czasu w nim rodziło, coś co czasami kazało mu
spojrzeć z boku na wydarzenia, w których brał udział lub z którymi po prostu zetknął
się w jakiejkolwiek formie. Coś, co skłaniało go do refleksji, zastanowienia. Wreszcie
coś, co w zawodzie, który zaczynał wykonywać mogło okazać się zarówno atutem
jak i utrudnieniem. I tylko do niego zależało, w którą stronę to coś go
pociągnie. Duża, może nawet zbyt duża wrażliwość, która pozwalała mu widzieć
więcej i równie skutecznie przyćmiewała zdolność chłodnego spojrzenia. Obie te
umiejętności w zawodzie adwokata były potrzebne, tyle że ciężko nimi manewrować
w sposób świadomy, albo coś człowieka porusza albo nie. Rzadko rozum decyduje w
tym przypadku. Barow nie raz zwracał uwagę na ten fakt. Zawsze ilekroć Bruno,
przy omawianych na zajęciach sprawach doszukiwał się rozwiązań niepopartych
żadnymi namacalnymi dowodami, ilekroć próbował zgłębiać emocjonalne motywy
postępowania pozwanych. Czasem ich usprawiedliwić, czasem zrozumieć, a czasami
po prostu solidaryzować się nimi. Barowa najczęściej raziło takie podejście. Mimo
wielkiej sympatii do Bruna i wiary w jego możliwości, uważał że taka postawa
jest dla adwokata bardziej zgubna niż pomocna. Powtarzał to jak mantrę, nie po
to żeby uprzykrzyć Brunowi życie, właśnie dlatego, że wierzył w jego możliwości,
chciał dobrze, trochę po ojcowsku chciał oszczędzić mu niepotrzebnych
rozczarowań. Liczył, że któregoś dnia chłopak zrozumie, dojrzeje do tego, co chciał
mu unaocznić, tyle że ciężko jest zmienić naturę człowieka, łatwiej
chyba zmienić zawód.
Bruno chwycił notes, wybiegając z biura rzucił Nadii
jeszcze raz przepraszające i wyrażające wdzięczność spojrzenie. Lekko
zestresowany swoim roztargnieniem, popędził na spotkanie, miał w zapasie dobre
dziesięć minut czasu.
Dopiero poznawał
prawniczy świat Zarmen, kto i co jest tu ważne, w jaki sposób załatwia się
interesy. Poruszał się w nim trochę po omacku, trochę kierując się intuicją,
ale wiedział, do tego w sumie nie potrzeba było specjalnych doświadczeń, że
rzeczą niedopuszczalną jest spóźnienie na pierwsze spotkanie z klientem. Dodać
trzeba, wówczas jeszcze
potencjalnym klientem. Można mieć brudne buty, nieprecyzyjne informacje, ale
spóźnienie to po prostu bramka samobójcza. Niewiele mu brakowało, żeby
ten falstart stał się jego udziałem. Z dużym trudem znalazł umówioną kawiarnię,
dobre dziesięć minut błądził między uliczkami. Na chwilę nawet wstąpił do
lokalu o nazwie Vox ucieszony, że klientki jeszcze nie ma. Dopiero składając
zamówienie zorientował się, czytając z bystrością detektywa nazwę lokalu
wypisaną na koszuli kelnera, że środkowa litera chyba się nie zgadza. Jak tylko
to „chyba” przekształciło się w jego mózgu w „na pewno” wybiegł z restauracji bez
słowa wyjaśnienia.
Vax, czego Bruno jeszcze do końca nie wiedział, było w tym
mieście bardzo popularnym miejscem spotkań, powszechnie okupowanym w godzinach
popołudniowych przez znane i istotne w tej branży twarze. Mieszkał w Zarmen zaledwie
od dwóch miesięcy, wciąż był na etapie uczenia się co, gdzie i jak.
Trochę bardziej, niż lekko spóźniony wszedł, a właściwie z
kroplami potu na czole, wbiegł do sali, na jego szczęście, tym razem świecącej
pustkami. Gdyby nie to, że tylko przy jednym stoliku samotnie siedziała
kobieta, odnalezienie właściwej osoby również przysporzyłoby mu trudu i czasu,
którego w tamtym momencie akurat nie miał wcale. Dziesięć minut, tyle się
spóźnił, ciężko przełknął ślinę, pocieszając się, że to mniej niż piętnaście minut.
W pamięci miał słowa Barowa, „spóźnienie większe niż przysłowiowy kwadrans może
być powodem całkowitej dyskwalifikacji w oczach klienta”, czuł, jakby jego
wykładowca stał tuż za nim. Zasady jakimi kierował się Barow, jakie wpajał
studentom mocno zaszyły się w pamięci młodego Bruna. Człowiek ten uczył nie dla
pieniędzy, i nawet nie dla własnej satysfakcji, którą oczywiście miał, robił to
dla Bruna i dla wszystkich wpatrzonych w niego twarzy. Chciał przekazać im
choćby odrobinę tego co uważał za ważne, wiedział, że inaczej te wszystkie tak
intensywnie wpatrzone w niego oczy z czasem będą traciły blask i zaczną patrzeć
w złym kierunku. Każdego dnia realizował swoją małą misję, nierzadko trudną i
nieprzychylną w odbiorze, po to żeby przetrwali nie tylko, ci u których iskra w
oku zdoła utrzymać się przez te kilka lat studiów, ale przede wszystkim ci,
którzy z tej iskry będą w stanie rozniecić ognisko. Takich ludzi jak Barow nie
spotyka się co dzień, może nawet spotyka się rzadko. Teraz, kiedy Bruno był
coraz bliżej rzeczywistości, którą unaoczniał mu Barow, coraz bardziej zdawał
sobie z tego sprawę.
Owa Natasza Ollgier była znajomą rodziny, z którą Bruna łączyły
coraz bardziej zażyłe więzi, rodziny Marot. Tylko i wyłącznie z tego powodu ta
sprawa przypadła jemu. Był początkującym adwokatem, rozpoznawanym w środowisku
przede wszystkim jako narzeczony córki Marota. Musiałby pracować kilka lat na
swoje nazwisko, żeby zostać adwokatem tak wpływowej kobiety jak Natasza.
Wiedział o tym on, wiedziała Natasza i wiedziała Miriam, za sprawą której
właśnie stało się tak a nie inaczej. Kilka dni zajęło jej przekonanie Bruna,
Nataszy nie musiała przekonywać wcale, ta wierzyła jej na słowo.
Bruno już tylko z tego powodu, że był narzeczonym Miriam
zyskiwał dużo w oczach obcych ludzi. Wystarczyło, że wszyscy znali Miriam,
mężczyzna z którym mogła się związać musiał bezsprzecznie spełniać całą listę
wymagań, więc funkcja narzeczonego od razu klasyfikowała go na wyższej pozycji.
Wahał się co do przyjęcia tej sprawy, nie tylko dlatego, że
miała trafić do niego w skutek interwencji Miriam, obawiał się swojego braku
doświadczenia. Tego, że może nie potrafić pomóc tej kobiecie w takim stopniu
jak zrobiłby to doświadczony adwokat, emocje mieszały się w nim z ambicjami. Miriam
w tej kwestii była jego przeciwieństwem, w jego możliwości wierzyła tak samo silnie
jak w swoje własne, zdecydowanie bardziej od niego. Nie wiedział do końca kiedy
to się stało, ale zgodził się szybciej niż zdążył dokładnie przeanalizować tę
kwestię, potwierdzając jak dużą zdolność kierowania ludźmi posiadała jego
narzeczona.
Mimo, że Nataszę i Bruna łączyła osoba Miriam, nie mieli jeszcze
sposobności do bezpośredniego spotkania, a że Bruno nie był zwolennikiem prasy
kolorowej, w której Natasza często gościła, nie wiedział zupełnie czego i kogo
się spodziewać. W notatkach Nadii, które kątem oka przeglądał po drodze było
wiele, ale akurat zdjęć tam nie było. Zresztą już za chwilę miał mieć oryginał
przez oczami.
Pani Ollgier siedziała samotnie przy najbardziej ukrytym w głębi
sali stoliku. Czekała na człowieka, który miał okazać się jej przepustką do
normalności. Na pierwszy rzut oka można było dostrzec jej zasępioną,
przygaszoną twarz. Szara cera, podkrążone oczy, chyba nawet nie próbowała ukryć
stanu w jakim się znajdowała. Szczególnie te oczy, duże, orzechowe i smutne,
przykuwały uwagę, jakby ktoś zgasił w nich życie. W jej szczupłej sylwetce uwidaczniał
się element zaburzający obraz jaki kreśliła swoją twarzą. Był to
ponadprzeciętnej wielkości biust wydatnie wyeksponowany przez opinający talię
gorset. Zupełnie nie pasował do jej urody, wyrazu twarzy, wieku. Jakby ten
gorset i biust należały do innej kobiety. Nie sposób było nie zwrócić na to
uwagi. Może był to zabieg celowy, może chodziło o to, żeby zwrócić uwagę. Może
to właśnie był wręcz desperacki akt zwrócenia na siebie uwagi. Dziwnie to
wszystko wyglądało. Obraz jaki ta kobieta sobą przedstawiała lekko wystraszył
Bruna, odebrał mu śmiałość, jaką jeszcze miał, kiedy przekraczał próg Vax. Nie
było jednak czasu, żeby dłużej rozwodzić się nad tymi spostrzeżeniami, jego
spóźnienie tylko się powiększało.
- Dzień dobry, Bruno Lozz – starał się zachować zdecydowany ton
głosu. Lekko ukłonił się, twarz przyozdabiając, nienaturalnym, ale serdecznym
uśmiechem. Chciał podać rękę do zwyczajowego uścisku, ale kobieta wyprzedziła
go wyciągając powolnym ruchem dłoń w sposób jednoznacznie wymuszający jej
pocałowanie. Na ten gest twarz Bruna uśmiechnęła się bardziej naturalnie, nie
pamiętał czy kiedykolwiek w ten sposób witał się z kobietą. Owszem, czasami
całował dłonie Miriam, ale były to zupełnie inne okoliczności. W dwudziestym
pierwszym wieku takie zachowanie wydało mu się dość nietypowe. Dostosował się jednak
oczywiście do sytuacji i pocałował dłoń pani Ollgier z największą gracją, na
jaką jego usta nieprzyzwyczajone do takich gestów, potrafiły się zdobyć.
- Witam – odpowiedziała powściągliwie, jak przystało na kobietę,
która wyznacza taki sposób powitania. Patrzyli na siebie uważnie, weryfikując
pierwsze wrażenie z poczynionymi wcześniej wyobrażeniami. Na wstępie Bruno
chciał wytłumaczyć swoje spóźnienie, zastanawiał się nad jakimiś sensownymi
argumentami. Nie mógł przecież powiedzieć, że to przez jego roztargnienie. Nawet
on, zazwyczaj szczery i prawdomówny, zdawał sobie sprawę jak nieprofesjonalnie
by to zabrzmiało. Po dłuższej chwili milczenie stało się niezręczne,
przynajmniej w jego odczuciu.
Jadąc na spotkanie, jednym okiem szukał umówionego miejsca,
drugim zerkał na poczynione przez Nadię zapiski, był zaskoczony ich dokładnością.
Z notesu dowiedział się dosyć dużo o życiu Nataszy, jej burzliwym związku z Froxem
Delingiem, o tym co pisała prasa po ich rozstaniu, miał więc ogólny zarys
sytuacji. To wystarczało, żeby rozpocząć rozmowę z klientką i móc zweryfikować
jej relację z informacjami pochodzącymi z innych źródeł. Bruno nie wymagał od
Nadii jakiegokolwiek zaangażowania w sprawy klientów. To ona wymogła, w sposób
niezauważalny, możliwość uczestniczenia w ich przebiegu. Sam nie wiedział kiedy
to się stało, na początku miała tylko umawiać spotkania i odbierać telefony, a
bardziej za jej niż Bruna inicjatywą zaczęła stawać się jego prawą ręką, za
czym oprócz zadań o większej wadze szło o wiele większe zaufanie. Póki co, nie
miał powodu by jej nie ufać, znał ją od wielu lat, przez co miał poczucie, że
zna ją dobrze. Granica ich relacji ulegała wyraźnemu przesuwaniu, Nadia w coraz
mniejszym stopniu pracowała dla niego, zaczynał mieć wrażenie, że pracują razem
jako zespół, a taka praca musiała opierać się na zaufaniu. Ufnie poddał się więc
relacji, jaką budowała między nimi. Była to druga kobieta po Miriam, która zaczęła
mieć wpływ na jego życie, w dużej mierze w sposób dla niego niezauważalny.
Natasza ani słowem nie poruszyła tematu spóźnienia. Najprawdopodobniej
zupełnie nie dostrzegła tego faktu. Jej twarz wciąż wydawała się zamyślona,
upływ czasu w danym momencie nie odgrywał dla niej większego znaczenia. Pewnie
nawet nie wiedziała, która jest godzina, Bruno nie zamierzał jej uświadamiać.
Biorąc pod uwagę te okoliczności, fakt spóźnienia postanowił przemilczeć.
Nie wyglądała na kobietę, która ma ochotę na wstępną,
grzecznościową rozmowę o pogodzie, uroku okolicy, czy innych zwyczajowych błahostkach
jakie serwują sobie ludzie widzący się pierwszy raz w życiu. Nie trzeba było
zbytniej spostrzegawczości żeby to zauważyć. Brunowi nie pozostało nic innego
jak przejść do sedna sprawy.
- Przykro.. – chciał zacząć delikatnie, w jego mniemaniu z
wyczuciem, ze zwykłą ludzką empatią.
- Nie to jest tematem naszego spotkania – nie zdążył, twarz
Nataszy, co wydawało się niemożliwe, posępniała jeszcze bardziej, ton jej głosu
mógł zmrozić a oczy wyraźnie mówiły „nie interesuje mnie pańskie współczucie”.
Bruno dobitnie zrozumiał ten przekaz. Widać wciąż minęło zbyt mało czasu. Ta
twarz, ten głos wyglądały jak maska pełna dumy i pozorów, chroniąca przed tym
co Bruno, tak jak pewnie wielu innych, nieopatrznie chciał jej zaoferować. Przed
ludzką życzliwością mylnie pojmowaną przez nią jako wyrazy litości. Tutaj Bruno
znów mógł przywołać słowa Barowa „Fakty, liczą się fakty, chłodne, rzeczowe
podejście. Nie ma miejsca na emocje”. „Nie ma miejsca na emocje” - powtórzył w
myślach, żeby łatwiej wcielić tę ideę w życie. Patrzył na Nataszę uważnie,
czekał aż zacznie mówić. Wydawało mu się, że cokolwiek by teraz nie powiedział,
byłoby to niestosowne.
- Ten człowiek pozbawił mnie godności i pieniędzy – zaczęła
ostro i dobitnie - tego pierwszego nie odzyskam już nigdy – patrzyła na Bruna,
tak jakby spodziewała się wyrazu zaskoczenia na jego twarzy. Nie znalazła tego.
„Nie ma miejsca na emocje” – jak widać, szybko przyswoił tę lekcję – Tylko pan
może sprawić, że to drugie stanie się moim zadośćuczynieniem – w jej głosie
wyczuwało się gorycz, wciąż przykrytą twarzą pozbawioną uczuć. Bruno podobnie, książkowy
profesjonalizm kazał mu podczas tej rozmowy nie zdradzać zachowań jakich
adwokatowi mieć nie wolno, a więc właśnie zaskoczenia, dezaprobaty, cynizmu,
nawet poczucia humoru, które może zostać mylnie odebrane. Kolejna lekcja Barowa.
Po tym, co już usłyszał, wiedział, że nie będzie to łatwe. Próbując zachować
kamienny wyraz twarzy, zapytał tylko – Proszę szczegółowo opisać jak doszło do
sytuacji, w której znajduje się pani obecnie – podejrzewał, że za chwilę
usłyszy historię jakich tysiące. On młody, przystojny, naturalnie nie
posiadający nic prócz swojego uroku osobistego. Ona wręcz przeciwnie. Gorące
uczucie z jej strony, szybki ślub i brutalne zderzenie z rzeczywistością, kiedy
kochanek dostał to na czym mu tak naprawdę zależało. I nie o miłość tu chodziło
oczywiście. Smutne, ale najczęściej takie były fakty. Niewiele się pomylił. On
tę historię opowiedziałby w pięć minut. W ustach tej kobiety trwała znacznie
dłużej. Ubarwiona emocjami, żalem i mimo wszystko miłością do człowieka, który
skrzywdził ją najbardziej na świecie. Natasza mówiła, mówiła i mówiła, a Bruno
słuchał. Nie przerwał jej nawet na chwilę, ani razu nie wszedł w zdanie. Skupiony,
niemalże bez ruchu, wydawało się, że ta historia naprawdę go wciągnęła. Wszelkie
pytania jakie mu się nasuwały zachował na potem. Miał dziwne wrażenie, że jeśli
przerwie ten wywód, jakąkolwiek wątpliwością z jego strony, Natasza zagubi
naturalność swojej wypowiedzi, zatnie się, albo inaczej, doprowadzi do pionu,
gubiąc autentyczność. Nie chciał tego, wiedział i była to któraś z kolei lekcja
Barowa, jaką mógł wykorzystać tego dnia, że klienta trzeba po prostu słuchać.
Banalna rada, ale w praktyce zaskakująco często ignorowana. Nie słyszeć,
słuchać. Słuchać, analizować, czytać między wierszami, wyciągać wnioski i dopiero
na końcu pytać. Gdyby spisać wszystkie tezy jakie Barow przez kilkadziesiąt lat
nauczania starał się wpoić swoim studentom, można by wydać pokaźną książkę,
póki co, znaczną ich część Bruno miał odnotowaną w głowie, przynajmniej w
teorii. To, o czym mówiła Natasza miało miejsce ponad rok temu, a sposób w jaki
mówiła wskazywał jakby działo się to zaledwie wczoraj. Zastanawiające było z
jaką dokładnością utkwiły jej w głowie wszystkie fakty, pamiętała szczegółowo
miejsca, daty i najdokładniej pamiętała słowa Delinga. Miało się wrażenie, że
cytowała je z dokładnością niemalże co do przecinka. Tak pamiętać może chyba tylko
kobieta, która kocha mimo wszystko. Wylała tę historię żywymi jeszcze w niej
emocjami, nie sposób było ich nie poczuć i tak samo ciężko było pozostać
biernym na słowa dalekie od prawniczego, twardego języka. Siedzieli nieruchomo
na wprost siebie. On początkujący adwokat, ona przeciwnie, obarczona bagażem
doświadczeń i nazwiskiem, będącym marką samą w sobie. Dwoje obcych ludzi, znajdujących
się na odmiennych etapach życia. Wylewność Nataszy daleko przekroczyła
dopuszczalny próg takiej znajomości. Mimo, że było to spotkanie zawodowe, Bruna
miały czekać jeszcze setki a może nawet tysiące takich historii, mimowolnie poczuł
się speszony i nieupoważniony do tego, czego właśnie stawał się świadkiem.
Znacznie łatwiej było zachować dystans, chłodne, rzeczowe podejście analizując
książkowe przykłady ludzi istniejących tylko na papierze. W tym momencie poczuł
się tak bardzo niegotowy. Tyle, że może na pewne rzeczy człowiek przez całe
życie jest niegotowy, może tylko doświadczenie, przychodzące mimo woli, daje
nam tę gotowość, czasem odrobinę za późno. Na pewno za późno było na tego typu
refleksje, teraz Bruno mógł już tylko ponosić konsekwencje dokonanych wcześniej
wyborów, ale może właśnie czasem tak jest najlepiej, może brak wyboru jest
najlepszym wyborem.
Po godzinie, która wydawało się, że minęła zdecydowanie
szybciej, Natasza skończyła. Tak samo jak przed chwilą intensywnie wylewała z
siebie emocje, tak teraz intensywnie zastygła w milczeniu. Po raz pierwszy na
dłużej spuściła wzrok z twarzy Bruna, dając mu komfort chwilowej ulgi i lokując
spojrzenie w podłodze. Sama w konfrontacji ze sobą musiała przełknąć to co
właśnie wydobyło z jej ust. Po chwili refleksji i jednym głębszym westchnięciu
jej wzrok powrócił na twarz Bruna, niosąc ze sobą zdwojoną intensywność. Peszyło
go to spojrzenie, trochę jak małego, niedoświadczonego chłopca. Nie potrafił
rozpoznać czego ten wzrok oczekuje, mimika twarzy Nataszy nie ułatwiała
zadania.
Zamiast realizować podstawowy plan, chciał w tej rozmowie wypaść
jak najlepiej z każdej strony, nie miał za sobą ani doświadczenia, ani pewności
siebie, która w parze z tym doświadczeniem idzie. Zdecydowanie chciał za dużo,
zbyt ambicjonalnie i zbyt szybko. Dopiero to doświadczenie miało go nauczyć, że
życie wygląda inaczej. Im bardziej się napinał, tym dalej odsuwał się od
postawionego celu. Z natężeniem ciszy, wiszącego w powietrzu oczekiwania, czuł
jak powoli nieruchomieje, nie tylko jego ciało, ale i umysł, a co gorsza
zdolność logicznego myślenia, bez którego jego obecność na tym spotkaniu
traciła rację bytu. Nie chciał i nie mógł pozwolić sobie na choćby najdrobniejszy
krok w złą stronę. Wiedział, że drogi powrotnej nie będzie. Chyba tylko jego
podświadomość pozostała obojętna na bezwzględność twarzy Nataszy, gdzieś tam w
zakamarkach jego umysłu podtrzymywała, to co Barow próbował włożyć mu do głowy.
Profesor oprócz silnego poczucia profesjonalizmu posiadał unikatowe wyczucie
błyskotliwości, jak mało kto potrafił spuentować daną sytuację, wyostrzając w
ten sposób wyrazistość swojej osobowości. Ta cecha, gdyby tylko Bruno potrafił
ją przejąć, byłaby teraz dla niego zbawienna. Ostatni rok studiów, ostatnie
zajęcia, ostatnie minuty spędzone w uczelnianych murach. W powietrzu czuło się
namacalną radość, ekscytację przed początkiem czegoś nowego budowanego
niezachwianą jeszcze pewnością siebie nabytą przez te kilka lat nauki. Czuło
się też wzrok Barowa, charakterystyczny i właściwy tylko dla niego. Takie sceny
i tacy ludzie zostają w pamięci na długo, jeśli nie na zawsze. Był to wzrok,
którego na pierwszym roku studiów bali się niemal wszyscy i wzrok, za którym po
skończeniu studiów wszyscy tęsknili. Ostatnie wystąpienie profesora zgromadziło
niemalże setkę studentów, był to wynik zadziwiająco dobry i praktycznie
niemożliwy do powtórzenia przez innego wykładowcę, na taką frekwencję trzeba
zapracować. Każdy z zebranych miał wrażenie, a nawet pewność, że Barow patrzy
dokładnie na niego.
- Nie cieszcie się tak, wkraczacie do dżungli! – wyostrzonym
wzrokiem weryfikował kto słucha, a kto tylko słyszy – Przetrwają tylko
najsilniejsi! – prawie krzyknął, przypominał trenera zagrzewającego drużynę do
walki – jedna dziesiąta, jedna dziesiąta – powtórzył – tylu z was kiedyś będzie
mogło przed swoim nazwiskiem postawić tytuł jaki teraz macie tylko w teorii! I
nie będzie to nikt – zrobił pauzę – nikt, kto w tej chwili uważa, że jest adwokatem
– w ciągu trzydziestu sekund zgasił zapał znacznej części wpatrzonych w niego
oczu – połowę zasad, które wam wpoiłem zapomnicie, wybaczam – uśmiechnął się ze
zrozumieniem – połowę, z tych które zapamiętacie, uznacie za niepraktyczne,
wybaczam – znowu się uśmiechnął – więc jedną czwartą postarajcie się do cholery
stosować – na sali rozbrzmiały spontaniczne brawa – a i jeszcze jedno, zasady
zasadami, ale nie zapomnijcie nigdy – pauza wydawała się dłuższa i bardziej dosadna
niż poprzednie – że jesteście ludźmi – ostatnie słowo rozbrzmiewało po sali
niesione siłą tonu głosu profesora – tylko ci, którzy to zrozumieją mają prawo kiedyś
powiedzieć, że stary Barow uczył ich tego zawodu. Pozostali niech lepiej milczą
– zakończył uśmiechając się jednym kącikiem ust.
Ta scena teraz wróciła do Bruna. Było to prosty przekaz
wypowiedziany prostym językiem. Zrozumiał go zapewne każdy, kto był na tej sali
obecny duchem, ale nie o to chodziło, żeby tylko zrozumieć. Z założenia
wszyscy, którzy trafiali na zajęcia Barowa tą zdolnością winni byli wykazać się
już na starcie. Ten przekaz sięgał krok dalej, ci którzy tego nie wiedzieli,
byli jedynie świadkami toczącej się wówczas rozmowy. W tym momencie Bruno walcząc
z bezradnością swojego umysłu zastanawiał się po której stronie znajdzie się on,
czy kiedyś będzie mógł powiedzieć, że Barow uczył go tego zawodu.
Natasza, albo przynajmniej jej wzrok rozkoszował się ciszą
liczoną już w minutach. Podczas kiedy Bruno odbywał spotkanie z Barowem, jej myśli
też odbywały jakąś wędrówkę. Nie trudno było się domyślić, że Deling musiał
brać w niej udział. Inicjatywa tego spotkania teraz wyraźnie leżała po stronie
Bruna. Czy to „jesteście ludźmi” to właśnie ta chwila.. Nie było nikogo, kto
mógłby odpowiedzieć na to pytanie. Niezdecydowanie przechodzące w niepewność mieszało
się w nim z wolą walki.
A może Barow zakpił sobie z nich wszystkich? Siedząc wygodnie w
fotelu profesora uczył fikcji? Niesprawiedliwe pytania przelatywały przez jego myśli.
Zamiast skupić uwagę na chwili obecnej miotał się między tym co czego chciał
profesor a własną interpretacją. Między wyobrażeniem o sobie a tym kim był
faktycznie. Momentalnie poczuł się zagubiony, jego niewielka pewność siebie
zmalała. Właściwie jeszcze nie stało się nic, a on już poczuł strach. Brak
doświadczenia, zbyt duża emocjonalność niechciane zaczęły wysuwać się na
prowadzenie. Nie taki Bruno Lozz był narzeczonym Miriam Marot, ale taki również
bywał, czy Miriam tego chciała, czy też nie. Niezdecydowany, rozglądał się w poszukiwaniu
słusznego kroku, nie miał pod ręką nic co potrafiłby uznać za przydatne, a może
po prostu nie potrafił tego dostrzec. Natasza wpatrywała się w niego rozmytym
wzrokiem. Do tego niecodziennego obrazka brakowało jeszcze papierosa w jej
ustach, wdychanego dymu razem z unoszącym się biustem i wydychanego razem ze
świdrującym spojrzeniem. Zamiast tego była cisza, w jej oczach, w oddechu. A w
głowie Bruna w tym czasie burza myśli. Przeciwieństwo, tego co zaserwował mu
Hord. Chciał emocji, dostał je, ale takie życzenia zwykle mają to do siebie, że
przy realizacji ulegają zniekształceniu, bledną, nawet dziwaczeją. Życie i
wyobrażenie o życiu rzadko spotykają się w tym samym punkcie. Nie mając nic,
zwłaszcza doświadczenia, atak uczynił formą obrony. Nie wobec Nataszy i nie wobec
siebie, miał jeszcze tyle zdrowego rozsądku. W tamtej chwili, kiedy historia
Nataszy stała się również jego historią, podświadomie broniąc się przed
własnymi lękami, niepewnością, zaatakował Barowa. Sięgnął po broń irracjonalną
i przez to bezpieczną. Jego bezradność rzucała oskarżenia o zbyt ogólne
drogowskazy, o wzniosłe hasła, dalekie od przyziemnej codzienności. Czuł jak
pocą mu się ręce. Nie szukał winy w sobie, za mało jeszcze było w nim
dojrzałości. Chciał gotowych odpowiedzi zawartych czy to w słowach Barowa, czy
w książkach, których przestudiował setki. Może samo życie udzielało mu
najlepszej odpowiedzi, ale żeby ją zrozumieć też potrzebował dojrzałości,
potrzebował więc czasu.
Podobno najwłaściwsze są te najprostsze rozwiązania. Dziecko nie
zastanawia się, nie robi bilansu zysków i strat, działa instynktownie. Niestety
z wiekiem zatracamy tę zdolność, za bardzo dając dojść do głosu
przereklamowanemu racjonalizmowi. Zamiast czerpać z tego co już odkryte, własne
ego każe szukać, nie ważnego czego, byleby szukać, wspinać się, nieważne gdzie,
byleby się wspinać. Działać, nieważne po co, byleby działać. Dopatrywać się
drugiego dna, iść drogą dwa razy dłuższą, sięgać po coś czego nie nieuchwytne,
omijając to co na wyciągnięcie ręki. Życie jest proste, tylko człowiek zwykle
jest skomplikowany, nawet sam dla siebie. Zaplątany w etykiety racjonalizmu z
wiekiem gubi kopalnię wiedzy, którą dostał już na starcie. Połowa sukcesu to
uświadomić sobie tę właściwość, druga połowa to umieć z niej czerpać, a trzecia
to jak zwykle, mieć w życiu szczęście. Tego nigdy za dużo. Bruno nie zdążył
jeszcze wyraźnie wyartykułować pierwszej litery alfabetu swoich marzeń, a już
się zająknął. Głoska utkwiła mu gdzieś w gardle, nie mogąc zdecydować się czy
chce zostać usłyszana, a on z wyraźnym uczuciem dyskomfortu czekał na reakcję
swojego organizmu, którego przecież powinien być zawiadowcą. Być może dostawał
od życia subtelny znak, może właśnie ten ostatni. Być może jego podświadomość
możliwymi sposobami pokazywała, że to nie ta droga, ale Bruno był już dorosłym
mężczyzną, jak wielu z nas, dawno zagubił instynkt dziecka, usiłując
racjonalnie tłumaczyć każdy swój krok i każdą decyzję. Ostatnie ciche znaki
podświadomości często, za często człowiek odbiera jako bełkot rozbijający się o
fantazję, jaka nie przystoi dorosłym. Im więcej mamy lat, tym bardziej na
przodzie peletonu rozumowania, pojmowania świata stoi racjonalizm usilnie,
gorączkowo szukający odpowiedzi logicznych i popartych, nieważne czym, byleby
popartych. Dlaczego wszystko trzeba wyjaśniać? Zostawmy jakąś tajemnicę Bogu.
Na szczęście, wszystko, posiadanie czegoś jak i brak, niesie ze
sobą konsekwencje. W tej sytuacji dla Bruna konsekwencją braku doświadczenia
było dopuszczenie do głosu tego od czego powinien zacząć, intuicji. A ta
podpowiadała mu, że w tej sytuacji lepiej zrobić mniej niż więcej, lepiej
milczeć, niż wylewać z siebie potok słów, tylko po to, żeby przykryć ciszę.
Natasza była za sprytnym na to rozmówcą. Minimalizm uczynił słuszną formą
działania. Stąpał po cienkim lodzie, ten stan rzeczy racjonalnie i słusznie
wskazywał jego mózg, nie chciał się zmoczyć lub co gorsza utopić. Zdawał sobie
sprawę, to podpowiadały wszystkie bodźce, jakie jego organizm zdołał wytworzyć,
z własnego braku doświadczenia łączącego się z brakiem pewności siebie i tak
samo dobrze albo nawet jeszcze lepiej zdawał sobie sprawę z szansy, która
właśnie miał, z tego jaki wpływ na jego karierę będzie miało wygranie tej
sprawy, posunie się do przodu o kilka lat żmudnej pracy. Miał w sobie tyle
zdrowego rozsądku żeby chociaż spróbować tego nie zaprzepaścić. Czuł, że
zaszedł już zbyt daleko, żeby teraz zmieniać kierunek. Za plecami czuł też oddech
rodziców, Miriam, własnych ambicji, te bodźce, tak samo jak intuicja wymieszana
z adrenaliną, narzuciły mu zachowawczą postawę. Perspektywy, które się przed
nim roztaczały przykryły brak doświadczenia i pewności siebie. Postanowił
powalczyć o to co wciąż uznawał za swoje marzenia. Mimo, że w tym momencie
poczuł się jak dzieciak, którego na siłę ktoś wepchnął w świat dorosłych, dał
mu za ciężką teczkę, za duży garnitur i zatrzasnął drzwi powrotne. Powinien
przerobić co najmniej kilku takich bezemocjonalnych Hordów, potem odrobinę
podnieść sobie poprzeczkę, a potem, może za rok, może za dwa, trafić na kogoś
takiego jak Natasza. Na kogoś kto może wznieść go na szczyt i przeciwnie,
strącić tam, skąd trudno będzie się podnieść. Jak to często bywa w życiu, nie
miał już wyboru. Dostał przyspieszoną szansę, albo przynajmniej przyspieszoną
lekcję.
- Rozumiem – przełamał w końcu tę kilometrową ciszę, która stała
się już częścią tej rozmowy. Słowa starał się dobierać z największą
wrażliwością jaką potrafił w sobie znaleźć – jak trudne – miał na myśli bolesne,
ale nie chciał potęgować emocji – i intymne jest to przeżycie – nawet nie
mrugnął patrząc w oczy, które patrzyły na niego z taką samą intensywnością. Nie
mógł się złamać pod naporem tego spojrzenia, wzrok Nataszy był ciężki,
beznamiętnie nieprzyjazny, wręcz odpychający. Można przywdziać uśmiech na
twarz, zmienić na radosny ton głosu, ale oczu nie da się pomalować tym czym
byśmy chcieli. Deling zapisał w spojrzeniu Nataszy, wszystko to czego człowiek
chciałby w życiu uniknąć, teraz Bruno musiał mierzyć się z tymi emocjami. Jeśli
przegrałby ten pojedynek, niezależnie od tego co by powiedział, przegrałby całą
bitwę. Swoje spojrzenie próbował uczynił podobnym do jej spojrzenia, tylko tak
mógł mieć równe szanse. Były w nim wspomnienia, którymi, mimo że nie chciał,
teraz musiał się posłużyć. Zbliżały jego spojrzenie do jej, a razem z tym
faktem, zwiększały w jego organizmie poziom wrażliwości, który wszystkimi
możliwymi sposobami musiał oddzielić grubą linią. Był tu w jednym, konkretnym
celu, mimo wszystkich wątpliwości, mimo wszystkich ale.., o tym musiał pamiętać
w pierwszej kolejności. Pełnił rolę adwokata, nie przyjaciela, pocieszyciela,
czy chociażby świadka mimo woli, adwokata, na tej funkcji musiał skoncentrować
wszystkie swoje myśli. Twarz Nataszy nie ułatwiała tego zadania, z jednej strony,
bardzo skoncentrowana, beznamiętna, z drugiej, jakby nieobecna, gdzieś poza. Próbował
balansować między malującymi się przed nim skrajnościami. Chciał żeby każde wypowiedziane
przez niego słowo trafiło do niej ze stuprocentową precyzją, chciał żeby nie
było żadnych niedomówień. Miał podskórne wrażenie, że im będzie mówił wolniej,
wyraźniej i dobitniej, tym większe prawdopodobieństwo uzyskania pożądanego
efektu.
- Dla sądu to – chciał dodać „tylko”, ale w porę ugryzł się w
język, to niepozorne „tylko” dla niej mogło okazać się jednym słowem za dużo – kolejna z wielu trudnych spraw. Dla pani,
owszem, jedyna, najważniejsza – może nawet aż za dobrze udało mu się stłamsić w
sobie wrażliwość – dla sądu tak samo ważna jak wszystkie inne – w domyśle miał
„prawdopodobnie tak samo mało ważna jak wszystkie inne” – żadnego znaczenia nie
będzie miało tu pani nazwisko czy stopień intymności państwa relacji – ciężko
powiedzieć czy tą dosadnością już przekroczył dopuszczalną granicę, czy dopiero
miał to zrobić za chwilę. Wczuł się w pełnioną rolę, może nawet aż za dobrze –
Wszystko co dzieje się na sali sądowej jest bardzo intymne i przeciwnie, wszystko
zostaje odarte z intymności – klatka piersiowa Nataszy zaczęła unosić się i
opadać bardziej wyraźnie.
- Proszę się na to przygotować – zmiękczył ton - Zadam wiele
pytań. Niewygodnych. Wstydliwych. Bolesnych. Bezczelnych też – po każdym
określeniu robił zauważalną przerwę. Chciał żeby każdy z tych przymiotników
zapisał się w jej pamięci nim usłyszy następny. Bacznie obserwował jej reakcję
– Będę oczekiwał odpowiedzi rzeczowych, szczerych w każdym szczególe. Potrzebuję
faktów – jego głos mimowolnie zwiększył swoją siłę, nie współgrał z dosadnością
jego słów. Twarz Nataszy pozostawała niezmieniona. Nie drgnął jej ani jeden mięsień,
nie odsłoniła się ani jedna zmarszczka, swoją bezemocjonalnością przypominała
posąg wykuty w kamieniu, zimny i niewzruszony prozą życia, jakby to wszystko
jej nie dotyczyło. Ubrała się w maskę, która miała skutecznie odgradzać
prawdopodobnie od tego co było ponad jej siły. Tutaj Bruno nie mógł się z nią
równać, nie potrafił nawet rozpoznać intencji takiej postawy. Gra pozorów, akt
obrony, poczucie obowiązku, może zwykłe głupota? Każdy motyw wydawał mu się
równie dobry i tak samo nietrafiony. Daleki był od właściwego tropu, od tego,
że zwyczajnie, po ludzku Natasza wyczerpała już limit zgromadzonych emocji. W
każdym człowieku jest taka granica, za którą zostaje tylko maska. W jej
przypadku w parze z tą maską szedł profesjonalizm, którego odgórnie ją nauczono.
Ta mieszanka stanowiła trudny do odbioru zestaw. Pewnie jej samej ciężko było
się w tym odnaleźć, a co dopiero Brunowi. Swoje przypuszczenia musiał zostawić
w sferze rozważań. O takie rzeczy nie pyta się ludzi. Na takie pytania zwykle
nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Człowiek rzadko potrafić mówić obiektywnie o
tym, co go w życiu spotkało, czego dotknął i co dotknęło jego. Jedynie oczy
mogą być jakąś wskazówką.
- Minął rok – pytanie samo cisnęło się na usta – Co działo się
przez ten czas? Czemu pani zwlekała? – ten długi okres z jego męskiego punktu
widzenia wydawał się mało logiczny. Nie było to dla sprawy kluczowe pytanie,
przed nim był długi szereg innych, ale od początku wyszedł z założenia, że chce
dowiedzieć się jak najwięcej, żeby rozgraniczyć w późniejszym etapie co jest
mniej a co bardziej istotne. Wiedział, kolejna lekcja Barowa, że każde
usłyszane zdanie, z pozoru nieistotne, może mieć głębszą treść. Nad każdą
odpowiedzią trzeba się pochylić, zastanowić i przede wszystkim pytać w umiejętny
sposób. Wszystko na co mógł się zdać to swój zdrowy rozsądek no i ta intuicja,
która z barku logicznych środków miała szansę przebicia. Już na wstępie
podpowiedziała mu, że ta część spotkania będzie trudniejsza. Dla niego rzecz
jasna. Przez minioną godzinę Natasza mówiła to co chciała, co uznała za
istotne, w takiej formie jak chciała, to ona kierowała rozmową. Teraz miała
odpowiadać na pytania. Obraz jej osobowości jaki zdążył nakreślić na podstawie
poczynionych spostrzeżeń nie przemawiał na jego korzyść. Obawiał się braku
obiektywizmu i nadmiaru emocjonalności. No i nie pomylił się za bardzo. Natasza
niepostrzeżenie przegrała pojedynek na spojrzenia. Te dumne, niedostępne oczy
mówiące wszystko i nic momentalnie straciły swoją wyrazistość. Jedno pytanie,
to jak sądził nieistotne, przyczyniło się do łzy spływającej po nieprzerwanie
obojętnej twarzy. Bruno, mimo to, wciąż patrzył w taki sam sposób, jakby tego
nie dostrzegł, jakby to nie miało znaczenia. Kobieca wrażliwość wygrała z
obojętnością jaką wymuszał świat, w którym Natasza funkcjonowała od zawsze. Jak
tylko zdała sobie sprawę ze swojej słabości, jak tylko poczuła wilgotną kroplę
na swoim policzku, spuściła wzrok. To była tylko jedna łza, nie przyniosła za
sobą drugiej i trzeciej, nie zrodziła rzewnego płaczu, zburzyła tylko z trudem
włożoną maską i pozorny spokój. Dwa elementy potrzebne jej, żeby dalej
funkcjonować w tym świecie.
Bruno czekał, wiedział, że to chwilowe, na tyle zdążył już ją
poznać. Cały czas patrzył w jej oczy, czekał aż one powtórnie spojrzą na niego uznając
ten epizod za niebyły. To tylko jedna łza, Natasza miała do niej prawo, walczyła
jednak ze sobą, jakby dopuściła się czynu haniebnego.
Nie otarła śladu swojej słabości, uspokoiła emocje, oczy ubrała
w jeszcze większą obojętność. Jej dłonie pozornie spoczywały splecione na
spódnicy idealnie skrojonego kostiumu, poprzez wyraz jej twarzy miało się
wrażenie że zaciska je najmocniej jak potrafi, ale Brunowi było nic do tego.
Emocjonalność okazywana przez jej brak, którą Natasza w sobie nosiła,
towarzyszyć miała zapewne wielu kolejnym klientom Bruna. To były ich życia, ich
sprawy, które na tych życiach diametralnie się odciskały, trudno, żeby było
inaczej. To nie książkowe sprawy ludzi z papieru, które Bruno pamiętał jeszcze
wyraźnie z czasów studiów. Spotkanie z Nataszą było dla niego dobrą lekcją by
poznać tę niezbyt racjonalną część zawodu, by powoli zacząć ją oswajać, ucząc
się nie czego innego, jak obojętności. Nie był przyjacielem Nataszy i nie miał
być przyjacielem żadnego ze swoich kolejnych klientów, był tu w roli adwokata,
miał działać w oparciu o fakty. Tworząc te myśli w swojej głowie, w tym miejscu
po raz pierwszy powinien podziękować Barowowi, temu samemu, którego przed
chwilą oskarżał z własnej bezsilności i temu samemu, który unaocznił mu te myśli,
ale Barow nie potrzebował podziękowania, każdy słuszny krok jego byłych
studentów znaczył tyle samo.
- Wyjechałam – gdyby nie to, że minimalnie poruszyły się jej
usta, ciężko byłoby stwierdzić skąd to ciche słowo się wydobyło. Całą odpowiedź
zawarła w tych kilku literach. Na to niby konkretne, ale jednocześnie niewiele
mówiące stwierdzenie nie zareagował w żaden sposób. Przestraszył się lekko, że
tak może wyglądać ich cała dalsza rozmowa, jedno słowo na każde pytanie. W ten
sposób mógłby spędzić tu cały dzień, a i to pewnie byłoby mało. Nie miał na to
ani czasu, ani ochoty. Nie zadał jednak pytań pomocniczych, które nasuwały się
same z siebie „dokąd?”, „po co?”, nie zrobił nawet pytającej miny. Nie chciał
żeby tak wyglądała ta rozmowa. Uznał, że milczenie i obojętność będą najlepszą
formą kontynuacji ich dialogu.
- Za granicę – słusznie podpowiedziała mu intuicja, w końcu usłyszał
ciąg dalszy – próbowałam zapomnieć. Bezskutecznie – dodała już pro forma. Przez
chwilę patrzyła inaczej, jej oczy gdzieś błądziły – czas jednak nie leczy ran –
pogarda zawarta w tych słowach była prawie namacalna – głupcem był ten, kto
wymyślił tę teorię – cisza między każdą wypowiedzianą przez nią myślą mówiła
równie sugestywnie, niosła ze swoim brzmieniem emocje tak samo silne, jak
wcześniej dziesiątki słów wylewające się z jej ust. Cisza stała się już
nieodłączną częścią ich rozmowy.
– Skąd Pan wie? – na
chwilę zamienili się rolami. Zapytała tak, jakby po każdym z tych słów stał
znak zapytania. Ta sama cisza wymieszana z echem wciąż takiego samego tonu jej
głosu miała stanowić wstęp do odpowiedzi Bruna. Tyle tylko, że żeby przerwać tę
ciszę musiałby znać odpowiedź na zadanie pytanie, żeby znać odpowiedź najpierw
musiałby zrozumieć to pytanie. Przez sekundę czuł, że znalazł się w ślepym
zaułku, jakby coś mu umknęło, jakby przegapił fragment tej rozmowy, jakby
wszedł w trakcie.
- Wiem – zaryzykował, starając się przy tym w sposób naturalny
wzruszyć ramionami. Barwie swojego głosu nadał ton stuprocentowej pewności, tak
jakby potwierdzał jakiś fakt udowodniony naukowo. Nie miał pojęcia o co chodzi,
ale wiedział, że na tak postawione pytanie nie może odpowiedzieć inaczej. Skoro
Natasza pytała „skąd?”, musiała zakładać, że wie, a on nie chciał wyprowadzać
jej z błędu. W ten sposób chciał wzbudzić w niej respekt przechodzący w
zaufanie, to razem stanowić miało fundament ich współpracy. Niepewność,
niedoinformowanie, wreszcie niewiedza, wszystko co zaczynało się na „nie” nie
mogło mieć miejsca w takiej relacji. Barow cały czas czuwał nad toczącą się
rozmową. Bruno wybrnął najlepiej jak mógł, potwierdził znajomość tematu bez
wdawania się w szczegóły, które mimo wszystko miał nadzieję poznać.
- Tak – zabrzmiało, jakby to słowo wymagało od niej odwagi, ale
odwagi względem czego? O tym, w konsekwencji tego, do czego sam przed chwilą
się przyznał, nie miał pojęcia. On mówi „wiem”, Natasza mówi „tak”. Delikatnie
poczuł, że traci grunt pod nogami. Jeśli będą rozmawiali w ten sposób, półsłówkami,
to już w tej chwili przegrał tę sprawę. Więcej dowiedział się z zapisek Nadii.
Skoro jednak świadomie wszedł w tę grę, musiał przyjąć jej mało logiczne
zasady. Nim rozgrywka się skończy, nie ma wygranych i przegranych.
- Próbowałam się otruć – nie czekał długo. Jeden zero dla Bruna.
Powiedziała to na głos, ostatniemu słowu nadając odmienny ton, jakby bardziej
szczególny, każdą jego literę traktując ze szklistą wyrazistością. Cały czas
patrzyła mu w oczy, miało się wrażenie, że robi to jeszcze bardziej wnikliwie,
a może to ciężar tych słów potęgował to wrażenie.. Jej spojrzenie czekało na
jego reakcję, na to jak jego spojrzenie poradzi sobie z tym, czym właśnie go
obarczała. Życie się odbiera, rzadko się o tym mówi. To nie brzmi dobrze, to nie
są wygodne słowa dla żadnej ze stron, na pewno nie przy popołudniowej kawie. Takie
tematy są zarezerwowane dla czterech ścian gabinetów psychologicznych, ale Bruno
czy chciał czy nie, czy zgadzał się, czy przeciwnie, on też po części został psychologiem
mianowanym odgórnie w chwili kiedy wykonał pierwszy krok w tym zawodzie. Teraz
poczuł, że przerasta go to nieprzemyślane „wiem”. To, że był zaskoczony to mało
powiedziane, nie co dzień człowiek słyszy takie rzeczy, nie na dzień dobry, nie
przy pierwszym spotkaniu, ale to nie było typowe spotkanie znajomych, nie
typowe więc były też tematy. Tak samo jak był zaskoczony, tak samo nie mógł
tego okazać, przecież powiedział, że wie. Jedyne co mu pozostało to wciąż
niewzruszona mina skrycie wyczekująca na ciąg dalszy, żeby w jakikolwiek sposób
dać ujście emocjom, pozwolił sobie na głębszy oddech niezauważalny dla Nataszy.
- To jest tylko życie – Natasza
mimo swej enigmatyczności była domyślnym rozmówcą, nie potrzebowała pytań żeby
udzielać odpowiedzi. Lekkość, którą chciała nadać tej odważnej teorii przykryła
niekontrolowana ironia przechodząca w pretensję. Mimo, że to „tylko” życie, w
jej oczach znowu zakręciła się łza – moje skończyło się rok temu – zamilkła na
chwilę. Coraz częściej między słowa wplatała coraz dłuższe pauzy, równie wyraziste
jak wypowiadane przez nią myśli.
Głęboki oddech Bruna nie zmniejszał swojej intensywności, twarz
pozostawała obojętna, ale w środku wciąż nie mógł uwierzyć, że miarą wartości
własnego życia może być obecność mężczyzny u boku. Już zapomniał, że kilka lat
wcześniej był znacznie bliżej tego co miał teraz przez sobą w postaci osoby Nataszy.
Czas łagodzi wszystko, on kiedyś też nie wierzył w tę teorię. Emocję przekazaną
słowami można zrozumieć tylko jeśli podobną emocję nosimy w sobie. Na tamtą chwilę,
z jego męskiego punktu widzenia, świata budowanego na logice, wydało mu się to niezrozumiale,
tragiczne i infantylne zarazem, daleki był jednak od wydawania jakichkolwiek
ocen, nie takie było jego zadanie. Niezmiennie zachowywał obojętność, cokolwiek
jeszcze miał usłyszeć.
- Przyszła taka chwila – znów się zatrzymała – że nie miałam
siły rano otworzyć oczu – kolejna pauza – rozumie pan? – to nie było pytanie, nie
padła więc żadna odpowiedź – Ból, tęsknota, żal.. czy cokolwiek innego co
przypisujecie kobiecej naturze.. nie – przecząco pokręciła głową, barwie głosu
nadając trywialny ton – nie miałam zwykłej fizycznej siły – pauza – nie czułam nic.
Zupełnie nic, żadnego bólu, strachu, cierpienia, życie toczyło się gdzieś obok,
miliony lat świetlnych ode mnie – pauza – za daleko żeby po nie sięgać – jej
lewa brew lekko się uniosła – chyba chciałam coś poczuć, cokolwiek.. – pauza – choćby
ból.. – pauza – jako ostatni pierwiastek życia. Jedyny, który wtedy był w moim
zasięgu – pauza. Patrzyła wyczekując na aprobatę, dezaprobatę, cokolwiek.
Potęgując tym samym milczenie, które było świadkiem tej rozmowy.
Emocjonalność, którą Barow zarzucał Brunowi tylko czekała na
sygnał, żeby dać o sobie znać. Takiej definicji śmierci jeszcze nie słyszał,
właściwie nie słyszał nigdy żadnej definicji śmierci. Bo w sumie po co
definiować coś co jest faktem, który po prostu trzeba zaakceptować, gdzieś tam
na końcu tego wszystkiego co zamierzał przeżyć. Zresztą, jak słusznie
zdefiniować śmierć? Jako koniec, początek, zmianę, wybawienie.. ilu ludzi, tyle
definicji, i żadna mniej słuszna od pozostałych. Pogląd człowieka na świat to
nie świadomy wybór, to jedynie wypadkowa tego, co przeżył, tego co dało mu
życie i czego mu nie dało. Na tamten moment jego wyobrażenia były skrajnie inne
od jej doświadczeń, a co za tym szło, nie mógł jeszcze pojąć dlaczego ludzie
wybierają drogę na skróty, do miejsca gdzie dojdzie każdy, bez względu czy chce
czy nie chce.
Natasza była bystrym rozmówcą. Jego niezmiennie niewzruszony
wyraz twarzy, powtarzane w myślach „żadnego współczucia, niedowierzania” stały
obok oczu, tylko w jego wyobrażeniu tak samo obojętnych. Emocjonalność jaką w
sobie nosił, to nie cecha którą można odkryć na życzenie. Bruno jeszcze
próbował z nią walczyć, jeszcze łudził się, że ma stuprocentowy wpływ na to
jakim chce być człowiekiem, a w tym przypadku na to jakim chce być adwokatem. Nie
miał.
Uroda, pieniądze, kariera, to widział patrząc na Nataszę.
Słuchając jej, dostrzegał przeciwieństwo. Nic, co było w jej posiadaniu, nie
uchroniło jej przed samą sobą, nie dało żadnej asekuracji.
- Ten stan można zrozumieć, tylko kiedy staje się naszym
działem. Nigdy wcześniej i nigdy później – niepytana, próbowała rozwiać
wątpliwości, które odczytała w jego oczach – mi teraz też trudno to rozumieć –
pierwszy raz lekko uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.
- Uratował mnie Felix – uśmiechnęła się szerzej, ale bardziej
smutno – pies, którego dostałam on niego. Czy to nie zabawne? – zapytała
retorycznie, w jej głosie ironia mieszała się z żalem.
Nie. Zupełnie nie – zareagował szybciej, niż pomyślał.
Instynktownie czuł, że należy się jej współczucie, pocieszenie, czy nawet
zwykłe „wszystko będzie dobrze”. Zrobiło mu się jej szkoda. A nie powinno. Nie
po to tu był. Rzeczowość, opanowanie, fakty, długa lista tego co było mu wolno
i nawet na końcu nie było wzmianki o solidaryzowaniu się z klientem. Gdyby
Barow siedział tuż obok, oblałby ten egzamin. Teraz jednak to on sam był swoim
egzaminatorem, a ta sztuka była znacznie trudniejsza, zwłaszcza, że rozchodziło
się o o wiele więcej niż tylko stopień niedostateczny.
- A ja się śmiałam.. do rozpuku – jej twarz praktycznie nie
poruszała się, po dziwnym uśmiechu nie został nawet ślad – tak jak przystoi
wariatce.. histerycznie, zachłannie, rozdzierająco.. tak jak się czułam..
proszę tak na mnie nie patrzeć.. – Bruno się speszył, na chwilę spuścił z jej
twarzy wzrok, który rzeczywiście poddał się temu co mówiła – normalni ludzie
przecież nie targają się na swoje życie.. – miała wrażenie, że określenie
„wariatka” jest dla niego za trudne.
- To opatrzność losu – nie powinien brnąć w tę stronę, ta
empatia nic nie zmieniała i nic nie wnosiła. Jedynie prowokowała, każde słowo
można zestawić z innym, mierzyć wagę, znaczenie. Każde niesie treść, jedynie od
słuchającego zależy interpretacja. Natasza była krok wcześniej, nie chciała
słuchać. Widać dwanaście miesięcy to za mało. Atak i opór wciąż były w niej
obecne.
- Opatrzność losu, mówi pan? – prawie parsknęła śmiechem.
Paradoksalnie jej oczy odrobinę ożyły, Bruno nieświadomie je pobudził. Wystarczyło
jego jedno zdanie, żeby zmienić kształt tej posągowej twarzy. Tutaj miał
przewagę nad Nataszą, to było jej życie, jej emocje. Słowami mógł pociągać za
odpowiednie sznurki w jej mózgu. Może to nie było do końca uczciwe, ale
pozwoliło mu poczuć się odrobinę pewniej.
- Ciekawe więc, gdzie podziewała się ta opatrzność losu, kiedy
on niszczył mi życie? – tym razem Bruno milczał, dając jej do zrozumienia że to
pytanie jest nie do niego, ale do niej samej – Natasza czekała, nawet jej
spojrzenie przybrało oczekujący wyraz. Przedłużająca cisza zaczęła przeszkadzać,
zwłaszcza jemu, ale przerwać ją mogła tylko ona. Jej ta cisza przeszkadzała
mniej, niosła ze sobą nadzieję, choćby malutką, irracjonalną, ale lepsze to od
histerycznego śmiechu porzuconej kobiety. Łudziła się, że usłyszy jakieś
wyjaśnienie, coś co sprawi, że wydarzenia z przed roku zyskają jakiś sens. Coś
co stanie się choćby małym krokiem w stronę życia, jakie wiodła zanim poznała
Delinga, ale Bruno nie podjął się zadania, którym chciała go obarczyć. Kiedy
ona szukała światła w tunelu, on utrwalał w swojej głowie, że nie jest ani jej
przyjacielem, ani jej powiernikiem, ani psychologiem. Tak naprawdę po części
był każdym z nim. Obiecał sobie, że od tej chwili skupi się na zadaniu jakie
jej osoba przed nim stawia. Wygrać tę sprawę, aż lub tylko tyle, ale na pewno
nic więcej.
- Brednie – spokój i pewność przebijały się przez to
stwierdzenie – Opatrzność? Przeznaczenie? – zakpiła – Brednie - jej głowa samowolnie wykonywała przeczący ruch
– To są wymysły ludzi, którym łatwiej jest żyć ze świadomością, że ich życie
jest elementem planu jakiegoś Boga – ton jej głosu niósł satysfakcję i dumę
wynikające z poczucia odwagi, którą sobie przywłaszczyła. Jakby chciała
powiedzieć, że jest ponad tym, że potrafi zmierzyć się życiem bez uciekania się
do usprawiedliwień. Tylko, czy próba samobójcza nie była największym aktem
słabości? Łatwiej i wygodniej usprawiedliwić ją jako akt odwagi – Nie mógł
wyrazić na głos tej wątpliwości, nie był tu po to żeby ją osądzać. Musiał
przyjąć, że to co usłyszy od Nataszy, od kolejnych klientów, to będą relacje
subiektywne, jednostronne i często niesprawiedliwe. Nie można oczekiwać, że
człowiek potrafi mówić o sobie w osobie trzeciej, Natasza nie odbiegała od tej
teorii – Łatwiej, bezpieczniej jest zrzucać odpowiedzialność za własne wybory
na to pseudo przeznaczenie, nieprawda? – kontynuowała, nie dostrzegając wahań,
jakie toczył w głowie Bruno.
Mimo wszystko, nie mógł odmówić jej słuszności tych słów – Łatwiej..–
powtórzył zamiast spodziewanego „tak” – Łatwiej jest zrzucać odpowiedzialność
za własne wybory na cokolwiek co zwalnia nas samych z odpowiedzialności – chciał
dodać na końcu „nieprawda?”, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. To
pytanie, które Natasza zapewne rozszyfrowałaby prawidłowo, nic nie wnosiło,
pociągało za sobą jedynie nadmiarowe już emocje, dalekie od tego co zamierzał
osiągnąć podczas tej rozmowy. „ Fakty, liczą się fakty..” powtórzył już enty
raz w myślach.
Podczas całej dyskusji toczącej się już od ponad dwóch godzin, Natasza ani razu nie wymieniła imienia człowieka, który był sprawcą tego spotkania. Za każdym razem mówiła on, jego, nigdy Frox, czy Deling. W pewnym momencie Bruno zarażony tą formułą, wymawiając jego nazwisko, czuł że mówi coś niestosownego. Jakby te słowa niepisaną umową zostały zakazane. Nie przeszkadzało to niczemu, „on, jego, jemu..” w jej ustach przypisane było tylko jednemu nazwisko. Jedynie mnogość tych zaimków podkreślała z jakim trudem przychodzi jej mierzenie się ze wspomnieniami, w których Deling zawarty był w każdym zdaniu. „On, jego czy jemu..” odrobinę odciążały jej emocjonalność.
- Jak bardzo Frox Deling
skorzystał na związku z panią? – jego nazwisko wymówił z bardziej wyraźną
intonacją, jakby próbował na nowo oswoić z nim Nataszę. Pomóc jej uczynić te
dwa słowa na nowo obojętnymi. W zbyt małym stopniu znał kobiecą naturę by ta
próba mogła się udać – Natasza chwilę się zastanawiała – nie wiadomo czy w jej
uszach wciąż brzmiało „Frox Deling..” czy tych korzyści było tak dużo. Tym
pytaniem próbował skierować rozmowę na właściwy tor, jak najbardziej rzeczowy i
jak najmniej emocjonalny. Przyzwyczajony już do ciszy między kolejnymi zdaniami,
cierpliwie czekał. Domyślał się, że musiało być tego wiele. Naiwność kobiety
zakochanej zawsze ma wysoką cenę, można tylko licytować, czy większą w sferze
emocjonalnej czy materialnej.
- No cóż.. mogę powiedzieć, że uboga stała się nie tylko moja
dusza – lekko uśmiechnęła się, tym razem chyba do własnej naiwności – I dlatego
się tu dziś spotykamy – jednoznacznie skinęła głową – adwokat mojej rodziny,
pan Sampo prześle panu dokładny spis strat majątkowych – słowo „strat” w
odniesieniu do tego co przed chwilą powiedziała zabrzmiało dziwnie. Inną jego
definicję poznał Bruno na studiach. Natasza dobrowolnie i świadomie,
przynajmniej w teorii, przekazała Delingowi pokaźną część majątku. Bardziej na
miejscu byłoby „dokładny spis mojej naiwności..” , tak pomyślał, ale oczywiście
zachował to dla siebie. Taka uwaga, wypowiedziana nawet półżartem, byłaby
końcem tej rozmowy, końcem jego współpracy z Nataszą i zapewne ogromnym
wstydem, jaki przyniósłby Miriam, czyli uogólniając byłaby katastrofą.
Uśmiechnął się pod nosem do siebie na myśl o tym, że jedno nieprzemyślane zdanie
mogłoby mieć tak dramatyczne skutki. To rozbawienie było jednak zbyt wczesne,
bo takich niekontrolowanych myśli w głowie mogło się pojawić jeszcze wiele, tym
samym jeszcze wielokrotnie jego twarz w najlepszym wypadku mogła pokryć się
purpurą, w najgorszym, tak jak teraz przewidywał, mogła okazać się końcem
współpracy z klientem i wstydem, który przyniósłby Miriam, nie wiadomo co było gorsze.
Powierzchownie sprawa Nataszy wydawała się przejrzysta, i już to
skojarzenie pozwalało wysnuć wnioski, że będzie inaczej, jeśli nie odwrotnie.
Frox Deling okazał się oszustem, owszem. Cwaniakiem, też. Wykorzystał Nataszę,
jak najbardziej. Jedyny problem polegał na tym, że to wszystko zrobił zgodnie z
prawem. A cholernie trudnym zadaniem jest występowanie przeciwko bezprawiu,
kiedy to bezprawie jest najzupełniej zgodne z prawem. Nie podzielił się swoimi
wnioskami z klientką, bo co miał pogarszać i tak jej nie najlepszy stan. Taka prawidłowość
nie raz przewijała się przez analizowane przez Bruna książkowe przykłady, ale
ich studiowania w żaden sposób nie mógł nazwać zdobywaniem doświadczenia.
Momentalnie poczuł się jeszcze bardziej niegotowy i pierwszy raz zwyczajnie zły
na Miriam. Od tego co Natasza zdołała wymienić, nieruchomości, akcje, kwoty
pieniędzy.. Brunowi zakręciło się w głowie. Jakby dopiero te liczby uświadomiły
mu ile od niego zależy i jak bardzo jego brak doświadczenia może go pogrążyć.
Zawroty głowy przeszły w krople potu na czole. Inaczej wyobrażał sobie początek
kariery i też innych emocji się spodziewał. Wszystko wydało mu się jakieś takie
wykrzywione, jego wyobrażenia, on sam.., ale jak często w życiu bywa, musiał
udawać że wszystko jest w porządku, w najlepszym porządku.
- Wie pan co było gorsze od tego, że byłam naiwna?.. To, że
byłam uczciwa – westchnięcie przechodziło w dziwne parsknięcie.
- To prawda – odważnie zgodził się z nią – Z drugiej strony
ludziom o pani statusie patrzy się na ręce dwa razy bardziej wnikliwie, po
części nie miała pani wyboru – zaśmiała się – krótko pan tu mieszka prawda?..
Ale my nie o tym, jeszcze będzie miał pan czas poznać życie tutaj, pańscy
klienci o to zadbają – jednoznacznie uśmiechnęła się.
- Wszystko to co wymieniłam, co prześle panu pan Sampo było robione
zgodnie z prawem dlatego, że chciałam mieć święty spokój. I jak widać uczciwość
nie popłaca – znów uśmiechnęła się jednoznaczny sposób – w tym mieście
uczciwość jest zgubna, proszę to zapamiętać – jej wzrok prześwietlał.
- Rozmawia pani z przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości.. –
uśmiechnął się w taki sam sposób jak ona.
- Mam nadzieję, że z jednym z najlepszych – chciał powiedzieć
„ja również mam taką nadzieję”, ale obawiał się że ten żart, choć zabawny,
mógłby zostać źle odebrany, słusznie zresztą.
- Dlaczego tak się stało? Czemu to zaszło tak daleko? – mógł
wymienić całą tę listę, którą przed chwilą od niej usłyszał, ale nie było sensu
podkreślać jej lekkomyślności, za wszystko zapłaciła chyba wystarczającą cenę,
a nie był to jeszcze koniec.
- Naiwność zakochanej kobiety – zadrwiła z siebie – macie nad
nami przewagę. Wasze bezduszne męskie serca.., tak jak potraficie rozkochać do
szaleństwa, tak samo potraficie doprowadzić do obłędu – gorzko zabrzmiało to
pozornie bezemocjonalne przekonanie – Nie miałby pan pracy, gdyby ludzie nie popełniali
błędów – dodała już z kokieterią – Procesy, które zachodzą w mózgu, reakcje przyczynowo
skutkowe zależą od szeregu bodźców, o których istnieniu człowiek nie ma pojęcia
– zaczęła ściśle naukowy wywód, dezorientując Bruna, przywykł już do jej
emocjonalnej wylewności maskowanej obojętnością – Te mechanizmy nie są łatwe do
zdefiniowania, poznania, a już na pewno są trudne do zrozumienia. Tak naprawdę
znamy siebie w niewielkim stopniu. Znów patrzy pan na mnie w taki sam sposób..
– tak samo jak wcześniej jednoznacznie uśmiechnęła się – proszę przestać – jej
głos był na granicy kokieterii i nagany. Speszyła go ta uwaga. Może taki miała
zamiar, może męczyło ją jego uważne spojrzenie, które on uznawał za atut. Nie
dał poznać po sobie zmieszania. Wyraz twarzy uczynił podobnym do jej – proszę
kontynuować.
- Skończyłam – gdyby to były inne okoliczności, pomyślałby że z
nim flirtuje – Nigdy nie możesz być pewien jak się zachowasz w danej sytuacji
dopóki się w niej nie znajdziesz – podsumowała – Prawda? Przeżył pan już to?
- To jest rozmowa o mnie – niechcący zabrzmiało niegrzecznie.
Poczuł się osaczony jej osobowością – Chyba nie, nie wiem.. – poprawił się,
mając nadzieję, że jej nie uraził.
- Nie jest.. – ta cisza była dla Bruna bardziej wyczuwalna – ale
mam nadzieję, że jest pan w stanie być dla mnie równorzędnym partnerem w tej
rozmowie, inaczej nie widzę sensu jej kontynuacji – wciąż miał wrażenie, że go
kokietuje.
- Jestem tu po to, żeby odzyskała pani swój majątek – nie dał się sprowokować – Rozumiem, że pani to przeżyła? – skinęła potakująco głową – żeby dojść do tych prostych wniosków potrzebowałam dużo czasu i pomocy świetnych i cholernie drogich specjalistów.
- Uczęszczała pani na terapię? – podchwycił. Nijak to się miało
do wiary wyłącznie w siebie, którą Natasza przed chwilą górnolotnie
deklarowała, ale nikt nie obiecywał mu, że wszystko co usłyszy będzie spójne i
logiczne. On był od tego, żeby to odpowiednio wychwyć, posegregować, połączyć,
ewentualnie odrzucić to co nieistotne.
Patrzyła na niego dłuższą chwilę w milczeniu, już chyba nawet
przyzwyczaił się do tego spojrzenia, oswoił się z nim. Wyglądała jakby licytowała
się sama ze sobą o odpowiedź, którą chciała a której powinna udzielić.
- Uczęszczam – w jej głosie była i satysfakcja i rezygnacja.
Dziwna mieszanka – Pewnie będę uczęszczać już do końca życia. To jest stały
punkt mojego dnia, jak jedzenie czy spanie. Jedni w wolnym czasie chodzą na
basen, ja chodzę do psychologa – chyba chciała być zabawna, ale nie zaśmiała
się ani odrobinę, nie zrobił więc tego również Bruno – Od kiedy zaczęłam się leczyć..
– to zdanie wydało się ciężkie, nie pasujące do tego co od początku próbowała
pokazać swoją postawą. W miarę upływających minut tego spotkania, stawała się
coraz bardziej szczera, otwierała się sama przed sobą zostawiając tę
nieprzystępną maskę obok wypowiadanych słów. Potwierdzała się kolejna myśl
Barowa „Nie ma czegoś takiego jak pierwsze wrażenie”. Według profesora pierwsze
wrażenie było niczym innym jak subiektywizmem naszej wyobraźni, który trzeba
zignorować, żeby to wrażenie stało się rzeczywiste.
– Tak, jestem chora – praktycznie wbiła te słowa w Bruna, z
premedytacją i dumą. Nie był to zryw emocji, impuls, którego żałuje się chwilę
po. W pełni zdawała sobie sprawę do czego się przyznawała. Może to właśnie był
przejaw wiary w siebie, może świadomość własnych słabości, ułomności jest pierwszym
krokiem w tę stronę? Im mniej siebie znamy, tym bardziej jesteśmy chorzy – bał
się mierzyć z tą tezą, która mimowolnie przyszła mu do głowy.
- Odkąd zaczęłam się leczyć – nie miała oporów żeby powtórzyć tę
ciężką myśl – zrozumiałam więcej niż przez całe wcześniejsze życie – mówiła
tak, jakby każdemu polecała ten środek na wszystkie życiowe bolączki – Czasem
warto się zatrzymać, żeby pobyć w danej chwili. Tu i teraz – powiedziała to z
wyrazem pożądanego spokoju. Pierwszy raz Bruno zobaczył ją w takiej odsłonie –
Zauważył pan, że ludzie na ogół żyją przyszłością, bazując na przeszłości? Ktoś
musi uświadomić nam, że żyjemy w teraźniejszości. Za rzadko jesteśmy tu i
teraz..
- Pan jest tu teraz ze mną? – jej wzrok rozpływał się w tym trochę irracjonalnym pytaniu – czy może już pan myśli o tym co za chwilę, co powiedzieć, ja zareagować..? A może jeszcze krok dalej? Co ze mną będzie.. co ze mną zrobić? – zaśmiała się prawie nie rozszerzając ust, wiedziała że ma rację – Czy da pan radę zrobić, to czego wszyscy od pana oczekują, ze mną na czele..? To chodzi panu po głowie, prawda?– proszę nie odpowiadać na głos, na ustach położyła palec – proszę w myślach wyciągnąć wnioski – znów uśmiechnęła się we właściwy jej sposób – słuchał tego wszystkiego z niemałym zaciekawieniem i równocześnie gubił powoli związek między tymi refleksjami a faktyczną przyczyną ich spotkania. Coś o przeszłości, zatrzymywaniu się.., tematy dobre na kurs filozofii.. nie po to tu był i nie miał na to czasu, ale Natasza szybciej rozwiała jego wątpliwości, niż od zdążył przekuć je na słowa.
– Oddałam mu – miało się wrażenie, że za chwilę zacznie wyliczać
– jeśli nie wszystko to zdecydowaną większość. Na szczycie tego wszystkiego
byłam ja, chyba.. na pewno najmniej wartościowy dla niego przedmiot – chciała,
żeby to co powiedziała zabolało ją samą – a z rzeczy materialnych.. a tym mamy
rozmawiać, prawda? Pan nie jest moim psychologiem, a szkoda, ma pan dobre
oczy.. rozumiem Miriam – znów miał wrażenie, że go kokietuje. On.. – On niczego
nie chciał, o nic nie prosił…, oprócz mojej miłości – uśmiechnęła się do
przewrotności tych słów – Zapewniał mnie o tym każdego dnia. W każdej godzinie,
geście, słowie. Każdego dnia, odkąd byliśmy razem. Kiedy ktoś bezustannie powtarza
jak mantrę pewne zachowania, to proszę mi wierzyć, chcemy czy nie, przyswajamy
je, stają się naturalną częścią naszego życia. Tym łatwiej je przyswoić, im
bardziej pożądamy tych zachowań. Tak więc, nie byłam wyjątkiem. A kiedy
uwierzyłam, wszystko dalej było, jak to sprecyzował lekarz, efektem domino,
potoczyło się prawie lawinowo – wyczuł nutę goryczy. Nad utratą majątku czy
utratą Delinga? Tego jedynie mógł się domyślać.
- Pyta pan czemu.. –
westchnęła, dając sobie chwilę na zebranie myśli – Jeszcze kilka miesięcy temu
odpowiedziałabym, że nie wiem, bo byłam zakochana, naiwna, głupia.. – wyliczała
to, co siedziało w głowie Bruna – ale to nie jest prawda – stwierdziła z
absolutnym przekonaniem. A co nią jest? Wiedział, że za chwilę pozna odpowiedź,
jeśli nie jej własną to relację z ust psychologów – od urodzenia – nie sądził,
że sięgnie aż tak daleko – byłam kształtowana, lepiona wręcz – zabrzmiało
wzniośle – na osiąganie celów. Zdobywanie, wspinanie się, pokonywanie przeszkód,
wszechobecna wola walki – jej głos niósł cień pogardy dla triumfu tych słów –
Jestem w stanie przywołać w pamięci dziesiątki tego typu wspomnień.
Rywalizacja, adrenalina i potęga płynąca z osiąganych celów. Sztandarowe hasła
moich rodziców. Nie. Nie krytykuję – zaprzeczyła, mimo że nie padło żadne
pytanie. Bruno słuchał, ona tę rozmowę prowadziła sama ze sobą – Jest to
zapewne element sukcesu.. albo raczej cena sukcesu, jaki udało się im osiągnąć..
Wszystko ma cenę.. co byśmy robili i czego byśmy nie chcieli, coś zawsze jest
kosztem czego. Jedynie ten ma wszystko, kto nic nie chce – przekornie zaśmiała
się.
- Należy ją po prostu wliczyć w koszty, jeśli się da, ignorować,
albo jeszcze lepiej, wyprzeć ze świadomości. Tak jest wygodniej – podsumowała –
tylko, że to był ich sukces i ich cena, a ponosiłam ją także ja. Może byłam
częścią ich sukcesu.. W każdym razie takie dzieciństwo, takie ideały, takie a
nie inne wychowanie.. tego nie wybieramy, a to nas kształtuje – jej wnioski
były zapewne wynikową godzin spędzonych na kanapie w gabinecie psychologicznym,
a może psychiatrycznym.. – Szereg niań, zatrudnianych towarzyszy zabaw, nawet
przyjaciół – kontynuowała – ludzi, którzy tworzyli mój dziecięcy świat, ale nie
byli obok – czuło się w jej głosie pretensję – byli poniżej, odgórnie zaklasyfikowani
jako pracownicy, podwładni, w oczach rodziców mieli być dla mnie trampoliną do
powielenia ich sukcesu. I ten plan się powiódł, tak się stało. Stałam się
silną, dorosłą kobietą, nauczoną sukcesu. Nie znałam innego życia, więc takie
jakie miałam przyjęłam za jedyne słuszne – zamilkła na dłużej lokując spojrzenie
na dnie porcelanowej filiżanki. To wszystko brzmiało bardzo profesjonalnie,
emocjonalność, której się spodziewał była dziwnie mała.
- Nigdy nie byłam małą dziewczynką – uśmiechnęła się ze smutkiem
– wiem, to brzmi zabawnie – każda dorosła kobieta powinna nią być przez jakiś
czas – beztroska, radosna, bezpieczna, bezwarunkowo kochana, po to żeby te
uczucia wnieść w dorosłe życie. Ich brak mści się – jasne było, że ma na myśli
siebie.
- Podświadomie w dorosłym życiu szukałam możliwości ucieczki do
świata, którego nigdy nie poznałam. Jak już mówiłam, człowiek zna siebie w
niewielkim stopniu. Irracjonalnie, podświadomie chciałam pokazać, że jestem
słaba, że potrzebuję miłości, opieki, że zwyczajnie czasami się boję.
Prawdopodobnie chciałam przeżyć to wszystko, czego nie wolno mi było okazywać w
dzieciństwie – może się pan śmiać, nie pogniewam się. Kiedy usłyszałam tę tezę
pierwszy raz też śmiałam się do rozpuku, a potem dowiedziałam się, że w ten
sposób człowiek wypiera prawdę. To jest pierwszy odruch będący potwierdzeniem
słuszności danej tezy. Już się nie śmieję, już jestem na innym etapie.. – jej
dystans był zaskakujący, Bruno daleki był od śmiechu. Spojrzał na nią w sposób,
który to wyrażał, zachęcając jednocześnie do kontynuacji, nie chciał, żeby
straciła autentyczność swojej wypowiedzi.
- Podobno, jeśli człowiek posiada lukę w jakiejś sferze swojego
życia zamkniętą w przeszłości to podświadomie będzie dążył do jej realizacji w
teraźniejszości, aż do skutku. Te spotkania naprawdę są pomocne – miała na
myśli terapię – Chciałam, mówiąc górnolotnie, zrzucić z siebie ciężar emocji
łączący się z odnoszeniem sukcesu, który odnosić musiałam. I wtedy pojawił się
Frox – pierwszy raz powiedziała jego imię. Nie zabrzmiało jak imię mężczyzny,
który był miłością jej życia albo który skrzywdził ją najbardziej na świecie.
Bardziej jak słowo, które z ledwością i taką samą obojętnością była w stanie
sobie przypomnieć.
- Naprawdę miałam wrażenie, że mnie kochał.. – refleksja w jej
głosie była nieunikniona. Wyglądała jakby chciała dodać coś jeszcze, coś co
mimo wszystko zapewniłoby o jego uczuciu, o tym, że było, ale słowa, które
potrafiłyby to potwierdzić nie istniały. Nigdy nie można mieć stuprocentowej
pewności względem tego co siedzi w drugim człowieku – Pewnie dlatego, że ja
kochałam.. – dodała tylko.
- Mimo tego, że siedzimy tu teraz, że mogło mnie już nie być,
nie żałuję – jej oczy delikatnie się zaszkliły, nie zmrużyła ich – nie
cofnęłabym czasu, nie zmieniła niczego. Dał mi wszystko, czego mi w życiu
brakowało. Może to była iluzja, wymysły zakochanej kobiety. Nigdy wcześniej i
nigdy później nie czułam się tak szczęśliwa. Mimo ceny, jaką ponoszę, a nie
jest mała – jej oczy zaszkliły się jeszcze bardziej – było warto. Choć raz w
życiu przeżyć taką miłość – słowa bardzo świadome i bardzo mocne w znaczeniu. Bruno
w tym momencie poczuł jak bardzo odległa przeszłość stanęła przed jego oczami.
Przełknął jednak gulę, która urosła mu w gardle. Prywatne myśli zepchnął na
bok, mimowolnie przygryzł wargę. Nie on był tematem tej rozmowy i tak miało
pozostać. Powtórzył w myślach te wytyczne trzykrotnie, tym samym wyprał z
umysłu niechciane skojarzenia.
- Był pierwszym człowiekiem, przed którym nie musiałam udawać –
jej oczy wyraźnie przeniosły się we wspomnienia – nie musiałam śmiać się na
zawołanie, być zawsze błyskotliwa, pewna siebie, zdecydowana, wszystko
wiedząca. Nie musiałam – wydawało się, że tęskni za taką sobą – miłość i
akceptacja mężczyzny – zabrzmiało bardzo naturalnie – Wiem, nie odkryłam niczego
nowego – uśmiechnęła się – Tak, tak.. – nie miał pojęcia co ma na myśli ,ale
wiedział że zaraz się dowie – zabiegałyśmy o tę niezależność, o kariery, samowystarczalność.
No więc mamy błyskotliwe kariery, idealne ciała, piękny świat pozorów a w nim
ciężar tej samowystarczalności, samotne noce i uczucia, które nie idą w parze,
z tym pięknym światem, który same sobie wykreowałyśmy – uśmiechem spuentowała
ten wywód.
- Tak, wiem. To wszystko było fikcją, ale wtedy w tę fikcję
wierzyłam i było mi z tym naprawdę dobrze – dała do zrozumienia, że naiwność
bywa w życiu pożądanym uczuciem – Otoczenie, w którym dorastałam spowodowało,
że szukałam szczęścia, nie tam gdzie trzeba. Kolejne pomyślnie sfinalizowane
transakcje cieszyły mnie coraz mniej, pieniądze na kontach, które mnożyły się
właściwie same, stawały się tylko kolejnymi cyframi, z każdym rokiem zamiast
upływu czasu widziałam swoje coraz młodsze odbicie w lustrze i coraz większą obojętność
względem tych efektów – dosadność przenikała przez tę refleksję – Miałam
nieograniczone możliwości w każdej dziedzinie życia żeby być szczęśliwą i tak
samo czułam się bezsilna. Paradoksalne uczucie – Bruno mimowolnie gładził się
po podbródku, nigdy wcześniej tego nie robił. Zgubił kontrolę nad mimiką twarzy
i gestami, dopiero teraz uświadomił sobie, że ta kobieta ma w sobie jakiś
magnetyzm, i w tym spojrzeniu, w głosie, w pozach, które przyjmuje, w tym
wszystkim była niebanalna.
- Pojawił się on.. swoją osobą dał mi więcej niż wydawało mi się, że potrzebuję. Tak jakby pstryknął palcami i już – zobrazowała to co przeżyła – zmienił mnie, albo inaczej, zmienił to jak widziałam siebie. Zrobił coś, czego sama nie potrafiłam. Stworzył mi piękną bajkę, a ja jak już mówiłam, chciałam przez chwilę pobyć małą dziewczynką, więc z naiwnością dziecka w tę bajkę uwierzyłam – dystans zlewał się z ironią – ale cały czas byłam córką Ollgierów, genów i sposobu wychowania nie da się wytrzeć z natury człowieka. Można się zmieniać ale nie zmienić, jeśli rozumie pan co mam na myśli? Bruno kiwnął tylko potakująco głową, sam jeszcze nie do końca świadomy, ale był tego przykładem. – Człowiek nie zapomina w jednej chwili tego, czego uczono go całe życie, choćby tej wiedzy nie chciał. Nie wiem czy to wychowanie, wpajane idee, czy krew która we mnie płynie, ale odgórny przykaz odnoszenia sukcesu gdzieś tam został i chyba czekał żeby o sobie przypomnieć. Może Frox uśpił go po prostu na jakiś czas, wysuwając na pierwszy plan to co miał mi do zaoferowania. Proszę tak na mnie nie patrzeć – zatrzymała się – nie doszłam do tego sama. Znacznie łatwiej jest analizować czyjeś życie, jak już mówiłam terapia jest nieodłącznym elementem każdego mojego dnia. Chociażby na podstawie naszej rozmowy stwierdzam, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto – uśmiechnęła się skłaniając Bruna do odwzajemnienia uśmiechu – Z jednej strony chciałam zrzucić z siebie odpowiedzialność za sukces, który na mnie wymuszano, z drugiej strony był mi on potrzebny do życia, był częścią mnie. Przez Froxa – coraz łatwiej przychodziło jej wymawianie tego imienia, jakby powoli od nowa się z nim oswajała – znalazłam rozwiązanie tego paradoksu, właściwie zrobiła to moja podświadomość – zatrzymała się na chwilę, jakby chcąc na twarzy Bruna znaleźć potwierdzenie, że rozumie – przepisując na niego znaczną część majątku uwolniłam się od tego co mi ciążyło, odsunęłam od siebie tę cholerną odpowiedzialność – słowo „cholerną” nie pasowało do jej powściągliwego, dystyngowanego wizerunku – jednocześnie ten sukces wciąż był obok, ulokowany w mężczyźnie, który był najważniejszą, najbardziej stabilną częścią mojego świata. Wydawałoby się, że to była inwestycja najlepsza z możliwych – lekko parsknęła – więc ten sukces wciąż był elementem mojego świata, pozbyłam się tylko odpowiedzialności za jego odnoszenie. Moja podświadomość szukała rozwiązania najłatwiejszego z możliwych. I chyba wtedy, kiedy to zrobiłam, straciłam, jakby to ująć.. czujność..? – zabrzmiało jak pytanie – Bezpieczna, kochana, ufna, miałam w sobie wszystkie te emocje. Tak samo ślepa, głucha, obojętna na wszelkie znaki, sygnały, które owszem były, ale czasami widzimy po prostu to co chcemy, albo nawet częściej niż czasami – dodała – ten moment prawdopodobnie był początkiem mojej choroby – Bruno zmarszczył brwi, to ostatnie zdanie stanowiło istotny szczegół.
- To znaczy, że to się zaczęło kiedy jeszcze pani była z nim w
związku? – chciał, żeby rozwinęła ten wątek. To mogło być ważne, nawet na pewno
było, ale Natasza ani nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła. Zawikłana w swoją
przeszłość kontynuowała.
- Zamknięta w bezpiecznym świecie, który on wykreował, coraz
bardziej oddałam się od życia, które wiodłam wcześniej. Teraz myślę, że on po
prostu był bardzo dobrym psychologiem, albo mówiąc dosadniej świetnym
manipulantem albo może to ja byłam łatwym do zmanipulowania materiałem. Co nie
ma większego znaczenia bo stało się jak się stało – po raz enty uśmiechnęła się
w taki sam sposób udając dystans, tylko jej oczy nie potrafiły dostosować się
do tej pozy – Odepchnęłam świat zewnętrzny, emocjonalność połączyłam z tym co
dawał mi on i coraz bardziej zatracałam granicę poczucia rzeczywistości. Im
bardziej przesuwałam się w stronę takiego życia.. tak wiem, że to była fikcja
zrodzona w mojej głowie – chciała zapewnić, że zdaje sobie sprawę z absurdu
tego co mówi – tym czułam się szczęśliwsza. Do tej pory w pamiętam to uczucie. Kiedy
je sobie przypominam.. pojawia się we mnie jakiś mały pierwiastek tego..
zabawne, wychodzi, że szczęścia można się nauczyć i później kiedy już minie, po
prostu przypominać je sobie co jakiś czas.. Próbował pan tej sztuki..? Ale nie,
pan pewnie teraz jest w środku swojego szczęścia – uśmiechnęła się życzliwie –
u progu kariery, z taką narzeczoną jak Miriam, piękny, młody i za chwilę pewnie
bogaty.. – zaśmiała się – proszę się uczyć tego szczęścia, ta sztuka naprawdę
się przydaje – skinęła potakująco głową na potwierdzenie, ale nie dała mu nic
wtrącić, kontynuowała – Lekarze stwierdzili, że kreowanie takiego świata było
początkiem choroby. Choć, tylko proszę nikomu nie mówić, ja myślę, że on
istniał – wiedziała, że nie ma racji, a jedynie chciałaby żeby tak było.
- Zdiagnozowano u pani chorobę o podłożu psychicznym, tak? –
zadał bezpośrednie i ciężkie pytanie. Skoro zaszli już tak daleko, innych pytań
nie było.
- Podejrzewano zaburzenia natury emocjonalnej – usłyszał równie
bezpośrednią, ale odartą z ciężkości odpowiedź.
- Podejrzewano czy zdiagnozowano? – jakby odbijali między sobą
piłeczkę. Każde słowo, jego precyzja, miało tu znaczenie.
- To nie jest różyczka, grypa czy złamana ręka – lekko
uśmiechnęła się jakby tłumaczyła tę definicję małemu dziecku - choroby
psychiczne nie są widoczne gołym okiem – tu nie do końca się z nią zgadzał – to
choroby duszy. Trudno je zdiagnozować, jeszcze trudniej je leczyć. Wiele
wskazuje, że tak było – dodała, by choć po części udzielić zadowalającej
odpowiedzi.
Po prawie już trzech godzinach rozmowy usłyszał zdanie klucz, poczuł podniecenie – To bardzo dobra wiadomość – wyrwało mu się. Natasza miała wrażenie, jakby usłyszała zdanie wyjęte z kontekstu innej rozmowy – Proszę wybaczyć, szybko zreflektował się za tę nieudolnie okazaną radość – pani choroba, w skutek zaistniałych faktów, paradoksalnie jest tym, co pomoże pani się z nią uporać, bo odzyskanie majątku z pewnością się do tego przyczyni – wydawało mu się że ta uwaga jest błyskotliwa, nie była. W odpowiedzi usłyszał tylko – Nie – spokojne, stonowane „nie” – Gdybym na tym fakcie chciała oprzeć linię oskarżenia, mogłabym zatrudnić pierwszego lepszego adwokata z Zarmen. Mam rację? Ufa panu Miriam, a ja ufam jej, dlatego obdarzam pana zaufaniem na kredyt. Czy mam to jakoś wyraźniej objaśnić? – kokieteria przechodziła w uszczypliwość.
- Oddała pani praktycznie cały swój majątek. Dobrowolnie,
świadomie i zgodnie z prawem. Żadne z tych określeń nie przemawia na pani
korzyść.
- Zgadza się. Za pieniądze, które panu płacę, pan ma znaleźć coś
co będzie przemawiało na moją korzyść. To chyba jest oczywiste, że oczekuję
cudu. Pan będzie jego autorem – dodała szeptem. Całą odpowiedzialność
przeniosła na niego. Mogła to zrobić, miała do tego prawo, ale w sposobie w
jaki to podkreśliła było coś po potwierdzało jej wcześniejsze słowa,
mentalności zakorzenionej przez świat, w którym funkcjonowała ciężko się
oduczyć, może nawet nie można się oduczyć, nawet spustoszenie jakie w jej życiu
spowodował Deling nie przyczyniło się do tego. Wydała mu się zmanierowana,
pretensjonalna i zbyt rozkapryszona jak na kobietę w jej wieku. Znów złapał się
na tym, że kategoryzował ją, za czym szły kolejne wnioski, a obiecał sobie, że
nie będzie tego robił. Nawet nie tyle sobie, co kiedyś Barowowi. Nawet nie
przypuszczał, że tak ciężko pozbyć się tych natrętnych epitetów, które
wyrastały w jego głowie za każdym razem kiedy Natasza otwierała usta. To chyba
najczęstsza ludzka przypadłość, przypinanie łatek wszystkiemu co nas otacza.
- Wszystko co powiedziałam to nie są argumenty ani za ani
przeciw mnie. Chciałam jedynie żaby pan zrozumiał. Wierzę wyłącznie w ludzi,
którzy wierzą we mnie. Mam nadzieję, że pan uwierzył – w jej głosie znów
pojawiła się kokieteria – Proszę zgadnąć ile razy w zeszłym roku moja twarz
pojawiała się na pierwszych stronach gazet? Dużo – odpowiedziała sama – Za dużo
–– wiedział oczywiście do czego zmierza – już wystarczy – zabrzmiało dobitnie -
Każdy z wszczętych o pomówienia procesów wygrałam, ale to nie działa wstecz,
nie wymazuje tego, co już zostało napisane. Historie wyssane z palca, z kosmosu,
czasem z ziarnem prawdy – uśmiechnęła się bez cienia radości – nie ma znaczenia
– zestawione z moim nazwiskiem w oczach innych stają się częścią mnie. Jedno
słowo „podejrzewa” zamiast „stwierdzono” i znak zapytania na końcu zamiast
kropki zmieniają kontekst zdania, ale nie sposób odbioru treści. To nie jest
dziennikarstwo, to dziwkarstwo – ton jej głosu wydał się lekko syczący – już zapłaciłam
wysoką cenę za ten związek – w domyśle miała „już wystarczy”.
- Rozumiem – nie mógł powiedzieć nic innego – chciał do dodać
„przykro mi” ale już się nauczył, że ta życzliwość przyniosłaby odwrotny
skutek, poprzestał więc na jednym neutralnym słowie empatii.
- Stoi pan u progu kariery – zabrzmiało dumnie – moja wygrana będzie
również pańską wygraną – takie samo zdanie jakiś czas temu usłyszał od Miriam –
ale moja przegrana również w takim samym stopniu będzie pana przegraną, jeśli
nawet nie w większym – to z kolei zabrzmiało jak groźba. W mniemaniu Nataszy
było jedynie wyraźnym zdefiniowaniem zależności jaka między nimi powstała.
Zdawał sobie z tego sprawę doskonale, wygranie tego procesu miało oznaczać dla
niego otwarcie drzwi, których szukał w życiu długo, przegranie było
jednoznaczne z ich zatrzaśnięciem. Emocje, których jeszcze przed chwilą mu
brakowało, teraz mnożyły się w każdej części jego ciała. Nie można mówić, że
marzenia się nie spełniają, Bruno właśnie dostawał od życia to czego chciał, ale
niekoniecznie było to tożsame z tym czego potrzebował.
Miał ochotę zapytać czy stała się tak cyniczna w skutek tego co
ją spotkało czy też jest to jej wrodzona cecha, ale takie uwagi musiał zachować
dla ciebie. Jej podczas tej rozmowy było wolno znacznie więcej.
- Podstawa sprawy jest bardzo czytelna, to dla nas duży plus –
udawał, że to co powiedziała nie zrobiło na nim żadnego wrażenia – młody,
przystojny, niezamożny mężczyzna zwraca uwagę na starszą, bardzo dobrze
sytuowaną kobietę. Zakochuje się z wzajemnością.., inaczej, rozkochuje ją w
sobie, następnie po osiągnięciu niebagatelnych korzyści majątkowych, w krótkim
czasie wnosi do sądu pozew o rozwód ponieważ z jego strony uczucia wygasły – w
dwóch zdaniach streścił trzygodzinny wywód Nataszy – ironiczny wydźwięk tych
słów był nieunikniony, inaczej nie dało się tego powiedzieć – na tym będziemy
bazować.
- Nawet mnie pan nie uraził – podkreśliła prostolinijność jego
myśli, nie łatwo jest słuchać o własnej naiwności.
- Proszę wybaczyć szczerość – pomyślał, że określenie „starszą”
mógł sobie darować, już „dojrzałą” brzmiało lepiej. Rzeczywiście miała jakieś
dwadzieścia lat więcej, ale razem z tą różnicą Bruno miał mało ogłady. Stwierdził,
że musi mówić wolniej, tak żeby żadne do końca nie przemyślane słowa nie wydobywały
się z jego ust, zwłaszcza w takich okolicznościach – takie są fakty – Inne,
znacznie mniej dla nas korzystne to takie, że dorobek swojego życia oddała pani
bez najmniejszego zająknięcia, jak najbardziej zgodnie z prawem. I adwokat Delinga
zapewne nie omieszka o tym wspomnieć – już bardziej dobitnie nie mógł się
wyrazić, co nie zmieniało tego, że Natasza oczekiwała cudu.
- Rozumiem i wybaczę – powiedziała z przekąsem - kiedy pozbawi
go pan wszystkiego co posiadł dzięki mnie, łącznie z godnością i przerośniętym
ego. Chcę żeby nie zapomniał mnie do końca swojego życia – pierwszy raz okazała tak wyrazistą agresję.
- Dołożę wszelkich starań.. – poczuł się lekko skonsternowany formą
jej żądań.
- Starań? – zdziwiła się przecząco kręcąc głową – Nie interesują
mnie starania. Interesuje mnie wyłącznie efekt końcowy. Dałam panu kredyt
zaufania jakiego nie dostałby pan od nikogo innego. Chyba pan wie, że kredyty
należy spłacać, nie muszę dodawać co się dzieje, kiedy tego nie robimy – bawiła
się słowem, pół żartem przekazując zupełnie poważne oczekiwania – przecież
oboje chcemy spać spokojnie – jeszcze wyraźniej poczuł, co znaczy nazwisko
Ollgier, korzeni nie można się wyprzeć, wrastają w każde nasze działanie. Mógł
dodać, że póki co on śpi spokojnie, ale miał wrażenie, że jak tylko wyrazi tę
myśl na głos, jego sen ulegnie nieproszonym zaburzeniom, a może już
podświadomie obawiał się, że sprawa Nataszy przyczyni się do takiego stanu
rzeczy.
- Dołożę wszelkich starań, aby efekt końcowy zapewnił pani
spokojny sen, a Froxowi Delingowi go odebrał – poprawił się. Natasza skinęła
potakująco głową.
- Dziękuję za spotkanie – wstał, wyciągnął dłoń, lekko ukłonił
się. Natasza powolnym ruchem uniosła swoją. Pocałował ją i pożegnał się.
Powietrze na zewnątrz wydało mu się bardziej świeże niż zwykle,
żeby uspokoić umysł wziął kilka głębszych oddechów, spotkanie kosztowało go
więcej emocji niż przypuszczał, zwłaszcza, że przez większość czasu kumulował
je w środku. Cieszył się z możliwości pieszego powrotu do biura, z tego, że
może chwilę odetchnąć, i nie musi nic i nikogo analizować, osoba Nataszy na
jakiś czas wyssała z niego tę umiejętność. Zastanawianie się nad doborem każdego
najdrobniejszego słowa, nad intonacją, nad tym czy przypadkiem jeden z kącików
jego ust nie układa się w kształt uśmiechu, a może spojrzenie jest zbyt ostre
albo przeciwnie, za mało skupione.. znów kilka razy intensywniej nabrał
powietrze. Przez chwilę, kiedy się nad tym zastanowił, miał wrażenie że pomylił
profesje, że to co się właśnie wydarzyło bliższe było aktorskiej roli niż
prawniczej postawie, pierwszy akt przedstawienia, w którym musiał wziąć udział.
Ciekawiło go jak ta sztuka wyglądała z pozycji widza, czy Natasza poczuła się
usatysfakcjonowana.. poczuł się zmęczony tymi dywagacjami, na które nie było
odpowiedzi, a jedynie kolejne dywagacje, które jedynie to zmęczenie zwiększały.
W związku z tym na czas powrotu do biura postanowił wyłączyć myślenie, oddychać
głęboko i iść powoli. Z jednej strony miał wrażenie, że spotkanie trwało tylko
chwilę, dosłownie wszedł, wypił kawę i tyle, z drugiej strony, długi,
emocjonalny monolog Natasza, psychologiczna analiza którą mu przedstawiła, w
jego pamięci zajęły dużo miejsca. Przez jakieś pięć minut udało mu się utrzymać
ten stan zawieszenia, wobec zaistniałych okoliczności na tyle było stać jego
umysł, nie na więcej. Czasy, kiedy potrafił taki efekt dowolnie wydłużać,
minęły już chyba bezpowrotnie. Pierwsze zachłyśnięcie świeżym powietrzem,
możliwością spaceru wyłącznie we własnym towarzystwie minęło i siłą rzeczy w
tych myślach Natasza znów wysunęła się na pierwszy plan. Szkoda, że człowiek
tak rzadko potrafi postawić wyraźną granicę między pracą a światem poza nią. Ten
świat poza traci znacznie przez to, że my tracimy energię na to, na co w danej
chwili nie mamy wpływu. Życie byłoby prostsze gdyby człowiek myślał tylko o
tym, na co ma wpływ.
Sukces, charyzma, uroda, pieniądze, jeszcze przed tym
spotkaniem, Natasza była w oczach Bruna synonimem tych słów. Dla wszystkich,
którzy nie usłyszeli tego, co on wciąż była taką ikoną. Dla tych, którzy
śledzili na bieżąco media, dla wielu kobiet, które nie miały zapewnionego
takiego startu w życiu, tego samego nad którym Natasza ubolewała. Ta cała
historia, kiedy znał ją tylko z ust osób trzecich, z gazet czy nawet od Miriam
,wydawała mu się znacznie prostsza, emocjonalność Nataszy zafundowała mu inne
spojrzenie na to wszystko. Okazała się przekładem na to że, chyba każdy kryje w
sobie historię, o którą nikt by go nie podejrzewał, taką której ani nie widać
gołym okiem, ani nie można wyczytać między wierszami. Tak Bruno pomyślał, a
skoro „każdy”, znaczy że miał na myśli również siebie.
Natasza to co było tylko jej przed chwilą powierzyła Brunowi, w efekcie stał się częścią jej historii. Ten spacer i każdy następny obarczony został świadomością tego faktu. Beztroskość nie jest stanem ducha, jest barometrem tego, w jakim stopniu dotknęło nas życie. Bruno wybrał zawód odarty z tej uprzywilejowanej dla człowieka emocji. Ten spacer był pierwszym odczuwalnym tego przykładem.
Komentarze
Prześlij komentarz